27.10.2022, 19:36 ✶
Nie raz, nie dwa zastanawiała się o czym właściwie można by rozmawiać z drzewami. Czy poruszanie tematu stanu ich liści było na miejscu? Albo czy komplementowanie ich silnych korzeni było mile widziane w towarzystwie? A jeśli nie rozmawiać o nich samych per se, to w którym kierunku się skierować? Może na stan omszenia całego lasu, albo rzucić żart o wiewiórkach, które zapominają gdzie właściwie zakopały połowę swoich zapasów. Te i inne pytania dręczyły ją przez długi czas, kiedy dowiedziała się roślinach posiadających taki lub inny koncept jaźni, jednak z biegiem czasu można było powiedzieć, że z tego wyrosła. Teraz optowała raczej za dzieleniem się wydarzeniami dnia codziennego lub czytaniem książek w cieniu rozłożystych gałęzi.
Dora była zdania, że nawet pozbawione modyfikacji Greengrassów, rośliny reagowały na to, jak ktoś się z nimi obchodził. Nie chodziło tutaj tylko regularne nawożenie czy podlewanie, a raczej miłe słowa, które podczas całego tego procesu padały. Często kiedy była w ogrodzie, można było zauważyć lub usłyszeć, jak mruczy coś pod nosem, ale prawdę powiedziawszy, miała wrażenie że robi to niejedna osoba, która związana była z zielarstwem. Tak samo jak opiekunowie magicznych stworzeń nawiązywali słowami więź ze swoimi podopiecznymi, tak samo zielarze czy ogrodnicy szukali jej u swoich.
- Tak, proszę. Chodźmy do nich kiedyś - uśmiechnęła się wesoło do Brenny, z wyraźną nadzieją czającą się w kącikach oczu. Obietnica poznania zaklinaczy drzew wydawała się nad wyraz ciekawa i obiecująca. Na tyle, by w pewien sposób jawić się w jej głowie jako wiążąca.
- Moim zdaniem spadnięcie z drzewa brzmi bardzo mugolsko - zachichotała - Tata opowiadał mi nie raz, jak za dzieciaka spadał z drzew w sadzie dziadków co i rusz. Ja też parę razy wylądowałam na ziemi. Patrz, nawet mam ślad! - zakomunikowała radośnie i podniosła rękę, pokazując niewielką bliznę ciągnącą się przez lewy łokieć, jakby była to jej największa chluba.
Zaraz jednak beztroski nastrój i poczucie dumy rozpłynęły się, bo Brenna urwała nagle, lecąc na ziemię. Jej towarzyszka w pierwszej chwili nie zrozumiała co się właściwie dzieje. Widząc jednak, że nie są to zwykłe wygłupy, Crawley rzuciła się w jej kierunku, krzycząc jej imię z niepokojem i szukając źródła całego tego problemu. Wyciągnęła też ręce, chwytając Longbottom za nadgarstki, by zapobiec ewentualnemu ciągnięciu. Okazało się to całkiem dobrym posunięciem, bo pnącze które oplotło się dookoła kostki starszej kobiety, wyraźnie wywierało presję by wciągnąć ją między listowie.
- Różdżka. Masz różdżkę? - zapytała szybko, stopami szukając odpowiedniego miejsca, żeby się zaprzeć, zamiast ślizgać się po jeszcze mokrej od deszczu ziemi. Słowa ułożyły się w dziwne zdanie, niekoniecznie oddając to, co właściwie miała na myśli. Nie wątpiła w to, że czarownica od urodzenia, z krwi i kości i starej jak świat rodziny, zawsze miała przy sobie różdżkę. Pytanie tylko, czy była w stanie ją w tych warunkach wyciągnąć.
Dora była zdania, że nawet pozbawione modyfikacji Greengrassów, rośliny reagowały na to, jak ktoś się z nimi obchodził. Nie chodziło tutaj tylko regularne nawożenie czy podlewanie, a raczej miłe słowa, które podczas całego tego procesu padały. Często kiedy była w ogrodzie, można było zauważyć lub usłyszeć, jak mruczy coś pod nosem, ale prawdę powiedziawszy, miała wrażenie że robi to niejedna osoba, która związana była z zielarstwem. Tak samo jak opiekunowie magicznych stworzeń nawiązywali słowami więź ze swoimi podopiecznymi, tak samo zielarze czy ogrodnicy szukali jej u swoich.
- Tak, proszę. Chodźmy do nich kiedyś - uśmiechnęła się wesoło do Brenny, z wyraźną nadzieją czającą się w kącikach oczu. Obietnica poznania zaklinaczy drzew wydawała się nad wyraz ciekawa i obiecująca. Na tyle, by w pewien sposób jawić się w jej głowie jako wiążąca.
- Moim zdaniem spadnięcie z drzewa brzmi bardzo mugolsko - zachichotała - Tata opowiadał mi nie raz, jak za dzieciaka spadał z drzew w sadzie dziadków co i rusz. Ja też parę razy wylądowałam na ziemi. Patrz, nawet mam ślad! - zakomunikowała radośnie i podniosła rękę, pokazując niewielką bliznę ciągnącą się przez lewy łokieć, jakby była to jej największa chluba.
Zaraz jednak beztroski nastrój i poczucie dumy rozpłynęły się, bo Brenna urwała nagle, lecąc na ziemię. Jej towarzyszka w pierwszej chwili nie zrozumiała co się właściwie dzieje. Widząc jednak, że nie są to zwykłe wygłupy, Crawley rzuciła się w jej kierunku, krzycząc jej imię z niepokojem i szukając źródła całego tego problemu. Wyciągnęła też ręce, chwytając Longbottom za nadgarstki, by zapobiec ewentualnemu ciągnięciu. Okazało się to całkiem dobrym posunięciem, bo pnącze które oplotło się dookoła kostki starszej kobiety, wyraźnie wywierało presję by wciągnąć ją między listowie.
- Różdżka. Masz różdżkę? - zapytała szybko, stopami szukając odpowiedniego miejsca, żeby się zaprzeć, zamiast ślizgać się po jeszcze mokrej od deszczu ziemi. Słowa ułożyły się w dziwne zdanie, niekoniecznie oddając to, co właściwie miała na myśli. Nie wątpiła w to, że czarownica od urodzenia, z krwi i kości i starej jak świat rodziny, zawsze miała przy sobie różdżkę. Pytanie tylko, czy była w stanie ją w tych warunkach wyciągnąć.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.