Taniec. Martin performował podobne cuda gdy był jeszcze mały i miotany przez wszystkie kobiety w rodzinie. Z ciocią nie zatańczy? Na szczęście ów taniec rytualny nie miał w sobie wiele fizycznych doznań, a był ograniczony do ruchów jak przy czarowaniu, z wyjątkiem używania wszystkich kończyn. Sztywno i w zakłopotaniu, Crouch naśladował ruchy kobiety. Nie chciał, aby z powodu jego marnej fizyczności rytuał przepadł. Na szczęście drugi świadek, Mackenzie, oddalał się, co stanowiło dozę ulgi.
Tak jak przewidział, nic się nie stało. Z dozą poczucia winy ruszył za kobietą do jej domu. Chociaż dobrze wiedział, że magia nie działała, czuł jakby sedno problemu tkwiło w jego pokracznych ruchach.
— Mógłbym napisać do matki... Może ona zna kogoś, kto mógłby pomóc — zaproponował. Stary Martin wskoczyłby do kominka i tyle by go widziano, ale w nowym życiu postanowił dawać więcej od siebie. A zupełnie przypadkowa kobieta w głębi lasu nadawała się do tego idealnie. Żadnych świadków. Cóż, prawie, bo znów napotkali Mackenzie.