05.04.2023, 12:56 ✶
- Aż dwadzieścia osiem? Mam rozumieć, że wpływy ma w sumie większość czarodziejów? – dopytał, bo zawsze wyobrażał sobie Wielką Brytanię jako dość niewielki kraj, który raczej nie posiadał na swoich terenach aż tak wielu czarodziejów i przez to większość z nich mogła się po prostu znać. Inaczej sprawy się miały tutaj, w Afryce, gdzie większość osób była porozsiewana po całym ogromnym kontynencie, każde państwo posiadało swoje własne magiczne ośrodki, a ludzie tracili ze sobą kontakt zaraz po tym, jak ukończyli Uagadou. Nawet na bazarach przewijało się więcej turystów, niż tubylców. A i tak o czarodziejów w pełni czystej krwi było tutaj ciężko. – Powiem ci szczerze, że to brzmi bardziej jak arystokracja. A Anglia chyba lubi swoją monarchię, prawda?
Nawiązał tym trochę do mugoli, choć wątpił, że sami czarodzieje w jakikolwiek sposób zwracali uwagę na istnienie królowej, o ile sama nie wykazywała zdolności magicznych. A sądząc po tym, co opowiadała mu matka, wiedźmą raczej nie była.
- Też nie mam ochoty mieszać się w interesy tych żywiących się śmiercią. Nell pewnie by miała sporą uciechę z nagłówka pt. „Latajek zabił Egipcjanina, by jego ludzie mogli poruszać się na wielbłądach”, czy coś w tym stylu – rzucił jeszcze żartem, nie potrafiąc inaczej, gdy sytuacja stawała się zbyt napięta. A słuchanie o polityce brytyjskiej i wszystkim tym, z czym wiązała się jego ucieczka, sprawiały, że czuł nieprzyjemną gulę w gardle, a żołądek zwijał mu się w supeł. Zbyt wiele informacji, zbyt wiele zobowiązań, ale wciąż chyba wydawało się to bezpieczniejsze od ugrupowania Nundu. Tamtym przynajmniej nie naraził się tak, by chcieli odciąć mu głowę.
Skinął tylko głową w odpowiedzi na te obietnice, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze mógłby powiedzieć. Cathal miał rację, ale głupio było mu się teraz przyznać, że sam nie wierzył w to, że jakąkolwiek z nich dotrzyma. Zresztą, zbyt mocno mu zależało na tym, by razem z nimi wyjechać. Przez tych kilka lat właściwie stali się jego drugą rodziną, równie irytującą co ta z krwi, ale wciąż taką, na jakiej mu zależało. Przywiązał się do nich, bo najwyraźniej wspólne wpadanie do grobowców rodzi w ludziach jakieś zalążki sympatii.
- Z twoich słów wnioskuję tylko tyle, że mam nikomu nie ufać – uznał, krzywiąc się na wszystkie te informacje, które padały z ust Cathala. Ci, którzy by nim gardzili, odpadali od razu, bo sam nie dążyłby do bliższej znajomości z tego rodzaju ludźmi. Gorzej z takimi, którzy będą się uśmiechać i traktować innych z pozornym szacunkiem, byle tylko coś zyskać albo wybadać teren. Jak miał rozumieć, nie mógł się spodziewać arabskiej otwartości, do której przywykł. Jedynie nieszczerości godnej starych matron, które będą prawiły komplementy, a za rogiem skomentują wszystko, nie szczędząc sobie komentarzy.
Sięgnął po listę, przeglądając ją póki co pobieżnie i coraz bardziej marszcząc przy tym czoło, bo już zupełnie nic nie rozumiał.
- Czyli tak: mam unikać Ulyssesa, którego zresztą sam mi przedstawiłeś. Mam też nie ufać Lecie, choć nie raz ocaliła nam życie, ściągając klątwę. Zaraz, zaraz… Czy twoja matka nie nazywała się czasem Gaunt? – zdziwił się, gdy bardziej wczytał się w tę listę. – Mam zerwać kontakty z całą ekipą poza Nell? Chyba że powiesz mi zaraz, że jej matka nazywa się Quirrell.
Nie odzywał się na temat Malfoyów, ani tym bardziej tego, że jego właśni rodzice robili interesy ze starym Septimusem, a za jego sprawą Jamil w dzieciństwie zakumulował się z Elliottem, wprowadzając go w spore kłopoty podczas wycieczki po egipskich uliczkach. Tego Shafiq wiedzieć nie musiał. Blacków i Yaxleyów na ten moment niespecjalnie kojarzył, więc chociaż w tej kwestii jego szef mógł odetchnąć, choć jeszcze wszystko mogło się zmienić.
- Czy Voldemort jest Prewettem, skoro postawiłeś tu tyle wykrzykników? – dopytał jeszcze, coraz bardziej się dziwiąc, bo o ile wiedział, czarodzieje z tej rodziny raczej nie mieli pokręconych zapędów w kwestii czystości krwi. Czy Cathal już do reszty oszalał? Chociaż, mimo że wspominał o dwudziestu ośmiu rodach, które zbudowały sobie jakąś renomę, nie pojawiło się tu aż tyle nazwisk. Istnieli więc tacy, którym mógł ufać? Czy mimo to powinien i tak unikać ich wszystkich?
Nawiązał tym trochę do mugoli, choć wątpił, że sami czarodzieje w jakikolwiek sposób zwracali uwagę na istnienie królowej, o ile sama nie wykazywała zdolności magicznych. A sądząc po tym, co opowiadała mu matka, wiedźmą raczej nie była.
- Też nie mam ochoty mieszać się w interesy tych żywiących się śmiercią. Nell pewnie by miała sporą uciechę z nagłówka pt. „Latajek zabił Egipcjanina, by jego ludzie mogli poruszać się na wielbłądach”, czy coś w tym stylu – rzucił jeszcze żartem, nie potrafiąc inaczej, gdy sytuacja stawała się zbyt napięta. A słuchanie o polityce brytyjskiej i wszystkim tym, z czym wiązała się jego ucieczka, sprawiały, że czuł nieprzyjemną gulę w gardle, a żołądek zwijał mu się w supeł. Zbyt wiele informacji, zbyt wiele zobowiązań, ale wciąż chyba wydawało się to bezpieczniejsze od ugrupowania Nundu. Tamtym przynajmniej nie naraził się tak, by chcieli odciąć mu głowę.
Skinął tylko głową w odpowiedzi na te obietnice, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze mógłby powiedzieć. Cathal miał rację, ale głupio było mu się teraz przyznać, że sam nie wierzył w to, że jakąkolwiek z nich dotrzyma. Zresztą, zbyt mocno mu zależało na tym, by razem z nimi wyjechać. Przez tych kilka lat właściwie stali się jego drugą rodziną, równie irytującą co ta z krwi, ale wciąż taką, na jakiej mu zależało. Przywiązał się do nich, bo najwyraźniej wspólne wpadanie do grobowców rodzi w ludziach jakieś zalążki sympatii.
- Z twoich słów wnioskuję tylko tyle, że mam nikomu nie ufać – uznał, krzywiąc się na wszystkie te informacje, które padały z ust Cathala. Ci, którzy by nim gardzili, odpadali od razu, bo sam nie dążyłby do bliższej znajomości z tego rodzaju ludźmi. Gorzej z takimi, którzy będą się uśmiechać i traktować innych z pozornym szacunkiem, byle tylko coś zyskać albo wybadać teren. Jak miał rozumieć, nie mógł się spodziewać arabskiej otwartości, do której przywykł. Jedynie nieszczerości godnej starych matron, które będą prawiły komplementy, a za rogiem skomentują wszystko, nie szczędząc sobie komentarzy.
Sięgnął po listę, przeglądając ją póki co pobieżnie i coraz bardziej marszcząc przy tym czoło, bo już zupełnie nic nie rozumiał.
- Czyli tak: mam unikać Ulyssesa, którego zresztą sam mi przedstawiłeś. Mam też nie ufać Lecie, choć nie raz ocaliła nam życie, ściągając klątwę. Zaraz, zaraz… Czy twoja matka nie nazywała się czasem Gaunt? – zdziwił się, gdy bardziej wczytał się w tę listę. – Mam zerwać kontakty z całą ekipą poza Nell? Chyba że powiesz mi zaraz, że jej matka nazywa się Quirrell.
Nie odzywał się na temat Malfoyów, ani tym bardziej tego, że jego właśni rodzice robili interesy ze starym Septimusem, a za jego sprawą Jamil w dzieciństwie zakumulował się z Elliottem, wprowadzając go w spore kłopoty podczas wycieczki po egipskich uliczkach. Tego Shafiq wiedzieć nie musiał. Blacków i Yaxleyów na ten moment niespecjalnie kojarzył, więc chociaż w tej kwestii jego szef mógł odetchnąć, choć jeszcze wszystko mogło się zmienić.
- Czy Voldemort jest Prewettem, skoro postawiłeś tu tyle wykrzykników? – dopytał jeszcze, coraz bardziej się dziwiąc, bo o ile wiedział, czarodzieje z tej rodziny raczej nie mieli pokręconych zapędów w kwestii czystości krwi. Czy Cathal już do reszty oszalał? Chociaż, mimo że wspominał o dwudziestu ośmiu rodach, które zbudowały sobie jakąś renomę, nie pojawiło się tu aż tyle nazwisk. Istnieli więc tacy, którym mógł ufać? Czy mimo to powinien i tak unikać ich wszystkich?