05.04.2023, 15:05 ✶
- Aż dziw bierze, że w takim zagęszczeniu tylko jeden prowadzi wojnę – skwitował to, już nawet nie przyglądając się baczniej powiązaniem z mugolskimi politykami, bo przecież w Egipcie też musieli utrzymywać jakieś kontakty z niemagicznymi, choćby po to, by przejścia do czarodziejskich rejonów miasta pozostawały tajemnicą. Tu jednak nikt nie baczył na zawodowy szacunek i kairskie ministerstwo nie czuło oporów przed konfundowaniem osób pozbawionych magicznej mocy.
- Wiem, matka wspominała mi czasem o swoich dawnych znajomych, dziadkowie zresztą też utrzymywali trochę kontaktów, kiedy jeszcze mieszkali w Egipcie – odparł, zdając sobie sprawę z tego, że nazwisko jego rodzicielki mimo wszystko pozostawało znane wśród Brytyjczyków. On sam nie miał jednak wypisane na czole, że urodził się w połowie Trelawneyem, a to stanowiło pewien problem. Obcokrajowiec wyróżniający się nie tylko obyczajami, ale również wyglądem, stanowił łatwy do zlokalizowania cel. Shafiq miał zatem rację, że nie należało się zbytnio wychylać. Nawet jeśli początkowo by go to bawiło, w końcu miałby dosyć bycia atrakcją na londyńskich uliczkach.
- Nieważne, nie było pytania – uznał, patrząc na Cathala, który oparł się o stolik, by zrównać się z nim spojrzeniem. Ufał mu, ale wiedział też, że mężczyzna nie czuł żadnych oporów przed załatwianiem swoich spraw w nie zawsze legalny sposób. Nawet jeśli Jamil sprawiał często kłopoty, to i tak konsekwencje idące ze strony Shafiqa w jakiś sposób go hamowały. Mogło być przecież o wiele gorzej.
- Czyli inaczej: trzymam się ekipy, unikam ich rodzin. Zrozumiałe – odparł i na to, po wysłuchaniu informacji o krewniakach Lety i Ulyssesa. Patrząc na ich charaktery i znaną mu przebiegłość, coś jednak po rodzinach odziedziczyli. A skoro już sama Alethea go niekiedy przerażała, wolał nie myśleć o Crouchach mających coś do powiedzenia w sądzie. Skończyłby raczej marnie, a Azkaban na sto lat był wizją o wiele gorszą, niż użeranie się z Qadirem. – Naprawdę poza Latajkiem macie jeszcze swoją własną mafię? Tylko tego nam brakowało do szczęścia – zauważył, słuchając o Prewettach, bo wyobraził ich sobie jak tych wszystkich włoskich gangsterów w fedorach, ewentualnie irlandzkich dryblasów w kaszkietach, zrzucających najbrudniejszą robotę na podwładnych im osiłków. Pewnie nie to Cathal miał na myśli, ale póki działało, lepiej dla niego, by Jamil trzymał się swojej wizji. – Jeśli ma się okazać, że jakimś sposobem znają nasze Nundu, wolałbym też nie robić sobie u nich długów, bo dla samej kasy podadzą mnie Qadirowi na tacy.
Wątpił, by Prewettowie naprawdę znaki się z tym przeklętym Nundu, bo też mało kto go kojarzył poza krajami północnej Afryki, gdzie najczęściej robił rozróbę. Jeśli jednak w jakiś sposób miało mu to pomóc w utrzymywaniu się w ryzach, tego też chciał się trzymać. Znając własne szczęście, pewnie i na Prewetta trafi w dość bliskim czasie. Czy powinien jednak kusić los?
- Ale wiesz, że ja tylko żartowałem z tymi Quirrellami? Merlinie, ja się nie dziwię, że wszyscy się tak łatwo irytujecie, mając tego rodzaju krewnych! – Wywrócił oczami, rozkładając ręce i zacisnął mocniej palce na liście Shafiqa, by przypadkiem jej nie zgubić. – Pozwolisz, że sobie ją zachowam. Może nawet opatrzę w ramkę, jak tylko znajdę mieszkanie – dodał, ostatecznie uznając, że najbezpieczniej będzie wcisnąć ją do kieszeni spodni, by nigdzie się przypadkiem nie zapodziała. Teraz mógł tylko liczyć na to, że Nell i Leta wyrażą aprobatę w kwestii zabrania Jamila do Londynu. Zwłaszcza że przez pewien czas musiałyby go niańczyć, nie do końca przywykłego do brytyjskiej kultury, pogody i sposobu załatwiania wszelkich interesów jak chociażby wynajem. Jeśli jednak się zgodzą, będzie mógł spać spokojnie… przynajmniej przez kilka pierwszych dni, nim na powrót wpakuje się w jakieś kłopoty.
- Wiem, matka wspominała mi czasem o swoich dawnych znajomych, dziadkowie zresztą też utrzymywali trochę kontaktów, kiedy jeszcze mieszkali w Egipcie – odparł, zdając sobie sprawę z tego, że nazwisko jego rodzicielki mimo wszystko pozostawało znane wśród Brytyjczyków. On sam nie miał jednak wypisane na czole, że urodził się w połowie Trelawneyem, a to stanowiło pewien problem. Obcokrajowiec wyróżniający się nie tylko obyczajami, ale również wyglądem, stanowił łatwy do zlokalizowania cel. Shafiq miał zatem rację, że nie należało się zbytnio wychylać. Nawet jeśli początkowo by go to bawiło, w końcu miałby dosyć bycia atrakcją na londyńskich uliczkach.
- Nieważne, nie było pytania – uznał, patrząc na Cathala, który oparł się o stolik, by zrównać się z nim spojrzeniem. Ufał mu, ale wiedział też, że mężczyzna nie czuł żadnych oporów przed załatwianiem swoich spraw w nie zawsze legalny sposób. Nawet jeśli Jamil sprawiał często kłopoty, to i tak konsekwencje idące ze strony Shafiqa w jakiś sposób go hamowały. Mogło być przecież o wiele gorzej.
- Czyli inaczej: trzymam się ekipy, unikam ich rodzin. Zrozumiałe – odparł i na to, po wysłuchaniu informacji o krewniakach Lety i Ulyssesa. Patrząc na ich charaktery i znaną mu przebiegłość, coś jednak po rodzinach odziedziczyli. A skoro już sama Alethea go niekiedy przerażała, wolał nie myśleć o Crouchach mających coś do powiedzenia w sądzie. Skończyłby raczej marnie, a Azkaban na sto lat był wizją o wiele gorszą, niż użeranie się z Qadirem. – Naprawdę poza Latajkiem macie jeszcze swoją własną mafię? Tylko tego nam brakowało do szczęścia – zauważył, słuchając o Prewettach, bo wyobraził ich sobie jak tych wszystkich włoskich gangsterów w fedorach, ewentualnie irlandzkich dryblasów w kaszkietach, zrzucających najbrudniejszą robotę na podwładnych im osiłków. Pewnie nie to Cathal miał na myśli, ale póki działało, lepiej dla niego, by Jamil trzymał się swojej wizji. – Jeśli ma się okazać, że jakimś sposobem znają nasze Nundu, wolałbym też nie robić sobie u nich długów, bo dla samej kasy podadzą mnie Qadirowi na tacy.
Wątpił, by Prewettowie naprawdę znaki się z tym przeklętym Nundu, bo też mało kto go kojarzył poza krajami północnej Afryki, gdzie najczęściej robił rozróbę. Jeśli jednak w jakiś sposób miało mu to pomóc w utrzymywaniu się w ryzach, tego też chciał się trzymać. Znając własne szczęście, pewnie i na Prewetta trafi w dość bliskim czasie. Czy powinien jednak kusić los?
- Ale wiesz, że ja tylko żartowałem z tymi Quirrellami? Merlinie, ja się nie dziwię, że wszyscy się tak łatwo irytujecie, mając tego rodzaju krewnych! – Wywrócił oczami, rozkładając ręce i zacisnął mocniej palce na liście Shafiqa, by przypadkiem jej nie zgubić. – Pozwolisz, że sobie ją zachowam. Może nawet opatrzę w ramkę, jak tylko znajdę mieszkanie – dodał, ostatecznie uznając, że najbezpieczniej będzie wcisnąć ją do kieszeni spodni, by nigdzie się przypadkiem nie zapodziała. Teraz mógł tylko liczyć na to, że Nell i Leta wyrażą aprobatę w kwestii zabrania Jamila do Londynu. Zwłaszcza że przez pewien czas musiałyby go niańczyć, nie do końca przywykłego do brytyjskiej kultury, pogody i sposobu załatwiania wszelkich interesów jak chociażby wynajem. Jeśli jednak się zgodzą, będzie mógł spać spokojnie… przynajmniej przez kilka pierwszych dni, nim na powrót wpakuje się w jakieś kłopoty.
Koniec sesji