Leander nigdy nie był dla niej dobry; nigdy nie mościł łagodnych słów w jej osobie, nigdy nie dotykał jej delikatnie i zawsze był przy tym parszywie uzależniający. Nie potrafiła się oprzeć jego czarującemu uśmiechowi, który całunem zstępował na obrzydliwie zepsute wnętrze i choć ona również cechowała się niebotycznym przegniciem duszy – on mówił, że ją kochał. Mówili sobie to w końcu nader często, świadomi oboje, iż słowa drugiego są niczym ponad właściwie artykułowane kłamstwo. Mogła od niego odejść, mogła prychnąć i usunąć się z jego życia – nie potrafiła jednak tego zrobić na przestrzeni miesięcy, a wymuszony mariaż, który miał wydusić z jej ust sakramentalne „tak” doprowadzał ją nieomal do histerii. Choć znał ją dogłębnie, wciąż nieświadomy pozostawał kluczowych kwestii; wiedziała, iż nigdy by jej nie chciał, gdyby wiedział, że jest bezpłodna. Prawdopodobnie dlatego okrywała to welonem milczenia, tłumacząc się, iż najpierw musi poprosić ją o rękę właściwie i przejść z nią przez ołtarz.
I choć był niewybrednie szalony i parszywy – ona była na jego wzór podobna. Każdorazowo, gdy unosił na nią dłoń, gdy zaciskał palce na szyi, gdy wbijał paznokcie w miękkie uda, nie mogła stwierdzić, iż była ofiarą. Posiadała w sobie pewną dozę wyuzdania, która otwierała przed nią arkana masochizmu, któremu nie potrafiła oponować. A on z kolei, wiedząc to, okrutnie wykorzystywał tę słabość, aby spuentować ją wyznaniem miłości. Nie pozostawała mu dłużna – często rzucała mimochodem, iż go kocha i chociaż przez cały ten czas w jej sercu ulokował się jedynie Logan Borgin, nie posiadała wystarczająco skrupułów, aby nie kłamać mu prosto w oczy.
On jednak to wiedział na rozciągłości miesięcy, nie musiała nigdy mówić o kłamstwie sączącym się z wolna z ust, gdyż on był tego świadom. Z równym angażem odpowiadał „ja ciebie też” – ona również wiedziała o tym, jak przebrzydłe kłamstwo kryje się za wyznaniem.
Zacisnęła jednak dłonie na plecach brata, gdy ten otulił ją ciepłem. Pociągnęła jeszcze kilkukrotnie nosem, ciało zadrżało od tłumionego płaczu, gdy wpadła w ramiona histerii; przerywany oddech zatrząsnął klatką piersiową, a ona sama przez parę sekund jąkała się, nie potrafiąc ułożyć składnego zdania.
– Lou, czy ze mną coś jest nie tak? Powiedz – spytała, pociągając gwałtownie nosem, zupełnie jakby starała się opanować dotyk przerażenia i nagłej salwy nieokreślonego smutku.
Pozwoliła bezsłownie zasklepić ranę obecną na dłoni, zadaną przez szkło gdzieś pomiędzy wybuchami jej agresji, w której bezcześciła całą galerię. Nie myślała w tym momencie pragmatycznie; nie myślała, iż będzie musiała poświęcić czas na odbudowę fasady i wybitych okien – jedynym, co teraz drżało niepokornie jej osobą, było niekryte przerażenie jutra.
– Nikt mnie nigdy nie pokocha. Dlaczego tak bardzo się tego boję? – wychlipała, chwytając go za dłoń, czując uporczywą potrzebę poczucia jego ciepła.