Ściągał na siebie mikrokosmos problemów, gdy tylko na moment przymknęła ociężałe bezsennością oczy; czasami miała wrażenie, że musi przyglądać mu się nieustannie, niczym dziecku, które potrzebuje życiowej guwernantki – tej, która przeczesze mu dłonią włosy, zaśpiewa do snu tudzież nauczy podstaw funkcjonowania w społeczeństwie. W gruncie rzeczy, w ostatniej spośród materii nigdy nie była dobra, a obraźliwość jej bytowania przeczyło wręcz temu wielokroć; w końcu otulona welonem niechęci do ludzi, nigdy nie popadała w emocje skrajne; nie potrafiła błyskać uśmiechem, prowadzić języka kurtuazji czy zarzucać zalotnie włosami – w obejściu bardziej męska, aniżeli kobieca, jedynie gdzieś pomiędzy oczami a ustami objawiała się kobieta i to kobieta niebanalnie ładna. Często nakreślano jej tę nalepkę stalowej piękności, a ona sama, uciekając od tego typu określeń, nosiła się po męsku, a głos miała niski. Teraz jednak, rozedrgana emocjonalnie, gdy widziała go bezbronnego, śpiącego twardym snem na łóżku szpitalnym, gubiła wszelki animusz. Czuła, że musi pociągnąć solidny łyk opium – nie teraz jednak.
W gruncie rzeczy jej emocje, którymi obdarzała Perseusa posiadały znamiona narcyzmu – tego, który zdawał się miękko płynąć w żyłach, podtapiać i zajmować całą przestrzeń w sercu; nie chciała go stracić, ponieważ nie wiedziała i była pełna obaw, jak jej przędzone życie będzie wyglądało bez jego obecności. Któż wówczas broniłby jej przed palącym gniewem matki? Czyje łzy mogłaby ocierać i kto uświadamiałby ją w przekonaniu, iż nie jest zła do szpiku kości?; prawdopodobnie nikt.
Ufała mu w końcu bezgranicznie, a wszystkie kowalne w obróbce emocje zaklinały się w jego osobie. Nigdy nie poddałaby w wątpliwość jego życiowych osądów i choć była z nim blisko, a percepcyjnie niejako biegle – nie naciskała na tematy, których ten nie chciał poruszać. Dawała mu wolną przestrzeń emocjonalną – gdy do niej przychodził, wysłuchiwała go; gdy nie chciał rozmawiać, także zastawała go ze ścianą milczenia.
– On nigdy nie mówi o takich rzeczach – odparła surowo. – Myślisz, że mnie to nie drażni? – zabrzmiała retoryką, wzrok ponownie moszcząc w osobie nieprzytomnego Perseusa.
Skupiła się na jego rysach, tak podobnych do jej – zaostrzonych gdzieniegdzie, aby na policzkach rozlewały się miękką, gładką linią. Była wszak jego najbliższą siostrą – wiedziała o aberracjach duszących jego umysł mimowolnie, o tym wszystkim, co zbywał fasadą milczenia, także o jego chorobie, która nie bez przyczyny stanowiła przedłużenie schorzenia dziadka. Widziała, jak powoli ją zjada, nigdy jednak nie poruszyła tego tematu, wiedząc, iż sprowadziłoby się to jedynie do kłótni. A choć Lycoris kłótliwa była – nie chciała wkraczać na ścieżkę tej trudnej rozmowy z własnym bratem.
I za wszelką cenę chciała to pozostawić w tej formie.
Zacisnęła usta w wąską linię, a słowa ugrzęzły jej w gardle. Przez moment milczała, określając własną irytację błądzącą pomiędzy meandrami krystalicznego przejęcia sytuacją. Na ogół nie schodziła z tonu, nie drżały jej wprawione w trzymanie skalpela dłonie, a pośród myśli nie działo się niespokojnie.
– A myślisz, że ja to lubię? Teraz myślę jedynie o tym, co bym zrobiła, gdybym zobaczyła go martwego na stole – odparła, poprawiając mankiety koszuli.
Skinęła głową ku Elliottowi – rozumiała go nad wyraz i choć złość ją trawiła w bezkresie, wiedziała, iż niejednokroć pojawi się jeszcze w szpitalnych murach; iż jeszcze niejednokroć siądzie przy jego łóżku pełna wyrzutów i niedopowiedzeń, które lawirowały po labiryncie umysłu. Siedziała jeszcze przez moment, opierając podbródek na splecionych dłoniach, z oddechem odrobinę przyspieszonym, nim przymknęła powieki.
Minęły sekundy, nim podniosła się, obrzuciła jednym spojrzeniem jego zaklęte oblicze i wyszła z sali.