05.04.2023, 18:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2023, 18:54 przez William Lestrange.)
Było mu coraz trudniej skupiać myśli, ustać. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, a krzyki ożywionego młodzieńca były rejestrowane przez mózg Lestrange'a, acz tylko jako dźwięki, a nie faktyczne słowa. Nawoływał do niego jakby zza grubej szyby, zza ściany, znad ziemi w której wydawało mu się, że teraz tonie, że ta go wsiąka, że wszystko zaczyna wirować, że jakiekolwiek ostre przedmioty w pomieszczeniu traciły swoją stabilność, przemieniajac się w płynną maziaje kolorów i ciemności.
Zasłonił ręką szyję, aby zatamować krwawienie, automatycznie, wyuczenie, acz samemu chyba nie był w stanie sobie poradzić. Tak mu się przynajmniej wydawało. Zatoczył się i oparł o blat stołu, krew spływała mu po ramieniu, moczyła ubranie, rownowaga wydawała się najtrudniejszą do utrzymania w tej sytuacji.
- I co mi niby tym zrobisz? Wbijesz w krtań żebym się tu wykrwawił przed tobą? I co potem? W tym stanie nie zaciągniesz mnie nawet do ogrodu - wymamrotał - Jesteśmy w moim domu, aresztują cię, jeżeli mnie zabijesz, chciałem ci... znalazłem cię na ulicy - mówił, ale nie wiedział czy ma to jakiś sens, bo krew, której opił się nowonarodzony wampir była trująca, halucynogenna.
- Od mojej krwi...Moja krew może ci zaszkodzić, możesz mieć halucynacje - mówił z trudem, wykrwawiając się na stół, starając się patrzeć na chłopaka, ale oczy mu się same zamykały. W połowie leżał na blacie, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
- W pierwszej szafce po lewej jest antidotum. Niebieska fiolka, podpisane 'herbata'. Wypij to, wypij to albo obydwaj będziemy mieli przejebane, szybko - wiedział, że dopiero co uratowany czarodziej nie miał podstaw, aby mu ufać, ale musiał chociaż spróbować.
Zjechał an podłogę, czując przez materiał chłodną posadzkę i breję własnej i zapewne przywleczonego do domu chłopaka krwi. Niespecjalnie go to teraz obchodziło, ręką wymacał różdżkę, starał się przynajmniej.
Musiał się wyleczyć, sprawić, że przestanie krwawić, inaczej zginie w tej piwnicy.
Złapał różdżkę, powoli, gdy już całkowicie znajdywał się pod stołem.
Czuł się błogo, każdy ruch ręką wydawał się wysiłkiem, ale dotknąwszy policzkiem chłodnej posadzki postarał się wybudzić z tego letargu, drugą ręką wciąż trzymając przy nadgryzionej tętnicy.
Pomyślał w głowie inkantację Vulnera Sanentur, chcąc sobie pomóc. Skuteczność zaklęcia była mała, bo William znajdował się w bardzo złym stanie. Musiał powtórzyć je jeszcze dwa razy, aby w pierwszym etapie spowolnić wypływającą krew, w drugim oczyścić ranę, a trzecim aby krew przestała lecieć całkowicie. Nie przywróci mu to straconej krwi, będzie tez musiał się podleczyć eliksirami i maściami, ale przynajmniej nie wykrwawi się na podłodze własnej pracowni.
Zignorował na chwilę zdezorientowanego chłopaka, chociaż nie potrwało to długo, bo mimo skutecznego użycia zaklęcia, stracił przytomność.
Zasłonił ręką szyję, aby zatamować krwawienie, automatycznie, wyuczenie, acz samemu chyba nie był w stanie sobie poradzić. Tak mu się przynajmniej wydawało. Zatoczył się i oparł o blat stołu, krew spływała mu po ramieniu, moczyła ubranie, rownowaga wydawała się najtrudniejszą do utrzymania w tej sytuacji.
- I co mi niby tym zrobisz? Wbijesz w krtań żebym się tu wykrwawił przed tobą? I co potem? W tym stanie nie zaciągniesz mnie nawet do ogrodu - wymamrotał - Jesteśmy w moim domu, aresztują cię, jeżeli mnie zabijesz, chciałem ci... znalazłem cię na ulicy - mówił, ale nie wiedział czy ma to jakiś sens, bo krew, której opił się nowonarodzony wampir była trująca, halucynogenna.
- Od mojej krwi...Moja krew może ci zaszkodzić, możesz mieć halucynacje - mówił z trudem, wykrwawiając się na stół, starając się patrzeć na chłopaka, ale oczy mu się same zamykały. W połowie leżał na blacie, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
- W pierwszej szafce po lewej jest antidotum. Niebieska fiolka, podpisane 'herbata'. Wypij to, wypij to albo obydwaj będziemy mieli przejebane, szybko - wiedział, że dopiero co uratowany czarodziej nie miał podstaw, aby mu ufać, ale musiał chociaż spróbować.
Zjechał an podłogę, czując przez materiał chłodną posadzkę i breję własnej i zapewne przywleczonego do domu chłopaka krwi. Niespecjalnie go to teraz obchodziło, ręką wymacał różdżkę, starał się przynajmniej.
Musiał się wyleczyć, sprawić, że przestanie krwawić, inaczej zginie w tej piwnicy.
Złapał różdżkę, powoli, gdy już całkowicie znajdywał się pod stołem.
Czuł się błogo, każdy ruch ręką wydawał się wysiłkiem, ale dotknąwszy policzkiem chłodnej posadzki postarał się wybudzić z tego letargu, drugą ręką wciąż trzymając przy nadgryzionej tętnicy.
Pomyślał w głowie inkantację Vulnera Sanentur, chcąc sobie pomóc. Skuteczność zaklęcia była mała, bo William znajdował się w bardzo złym stanie. Musiał powtórzyć je jeszcze dwa razy, aby w pierwszym etapie spowolnić wypływającą krew, w drugim oczyścić ranę, a trzecim aby krew przestała lecieć całkowicie. Nie przywróci mu to straconej krwi, będzie tez musiał się podleczyć eliksirami i maściami, ale przynajmniej nie wykrwawi się na podłodze własnej pracowni.
Zignorował na chwilę zdezorientowanego chłopaka, chociaż nie potrwało to długo, bo mimo skutecznego użycia zaklęcia, stracił przytomność.
Koniec sesji
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated