Zamknęła go w malignie spojrzenia na moment, marszcząc brwi uważnie. Zatrzaśnięta obwoluta księgi wzburzyła w przestrzeni migotliwy kurz, widoczny poprzez promienie słońca sączące się niepewnie do wnętrza biblioteki. Wosk skapywał z kandelabrów, kroplami rozbijając się o stół, który powoli pokrywał się białawą, gęstą cieczą.
– Tak, wcale – przytaknęła, wzrok przenosząc na masywne okiennice, z których widok wybiegał na polany wyściełane uczniami. Nie należała do ostoi towarzyskości, można było ją uznać wręcz za psiego samotnika, krążącego wiecznie wytyczonymi przez siebie ścieżkami, niebaczącego na przeciwności losu czy oceniające spojrzenia ciżby.
Nie stanowiła także najmilszej kompanii, opryskliwa i naturalnie, bezpardonowo niemiła, nie stanowiła pierwszej osoby, z którą zechciałoby się spędzić oblane promieniami słońca popołudnie. Chadzały o niej nieprzyjemne plotki, jednak żadne z tych słów nie było w stanie jej dotknąć – zwykle puentowały prawdę. Powierzchowną, ale jednak prawdę.
– Zatem czy dziwi cię fakt, że ktokolwiek nie chciałby znać swojej przyszłości? Ja bym nie chciała z dwóch względów. Przede wszystkim, życie straciłoby smak do reszty; z drugiej strony, rychło odliczałabym dni do swojej śmierci. Czy to brzmi jak definicja dobrej zabawy? – zabrzmiała retoryką. – Może ciężko w to uwierzyć, ale szukam dobrej zabawy.
– Z wiedzą nie zawsze płynie błogosławieństwo – dodała po chwili, opierając łokieć na stole, aby ułożyć podbródek na dłoni.
Trwała tak przez parę za długich momentów, spopielonych sekund, przekształcających się w umierające minuty. Bystre spojrzenie zionące z jadeitu tęczówek oblewało go całokształtem swojej uwagi – nietypowej jak na nią samą, nie była wszak biegła w meandrach ludzkich, a jednak Ulysses zaskarbił sobie częściową atencję tej postrzeganej za niezawoalowane zło Blackówny. Nie miała zbyt wielu przyjaciół – przebywała zwykle w towarzystwie Theona i Logana, jednak odetchnięcie świeżą bryzą samotności działało kojąco.