05.04.2023, 22:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2023, 22:36 przez Dora Crawford.)
Niepamięć była wygodna i Dora nie dziwiła się odpowiedzi Brenny. Sama lubiła te stany nieważkości, kiedy jej umysł mógł skoncentrować swoją uwagę na czymś zupełnie innym i o wiele bardziej jej potrzebnym, zamiast roztrząsać to, co było bolesne. W pewnych sytuacjach była to przydatna umiejętność, w innych natomiast wprawiała ją zwyczajnie w zakłopotanie i sprawiała, że czuła się po prostu głupio. Niemądrze.
Nie miała nic przeciwko by dalej być tylko Dorą. Zbierać zioła, odbierać potrzebne do eliksirów składniki, zaszywać się w pokoju z kociołkiem i przyrządzać mikstury, które potem sprzedawała mieszkańcom doliny. Tak samo jak i nie przeszkadzało jej obejmowanie we władanie kuchni, co przecież wcale nie traktowała jako obowiązku, a jako raczej przyjemne zajęcie.
Crawley zwyczajnie lubiła to ciche życie. Nawet jeśli było ono wynikiem pogwałcenia jej wcześniejszych pragnień, z biegiem czasu uświadomiła sobie, że wcale nie potrzebowała pracować w Mungu, żeby czuć się spełnioną. Czasem tylko czuła się samotnie, co wydawało jej się nad wyraz dziwacznie, bo przecież miała dookoła siebie tyle ludzi.
W tym wszystkim jednak była świadoma tego, że nawet jeśli Dolina była spokojna, pozostająca pod protekcją Longbottomów, to stan ten nie mógł trwać wiecznie. Nadchodzące zmiany wzbierały niczym fale i dziewczyna była pewna, że w końcu zaleje ich wszystkich, jeśli będą tkwić w miejscu,
Brenna już działała. pracowała nad tym, by bezczynność nie przyczyniła się do ich bolesnego upadku. By bańka bezpieczeństwa utrzymywała się jak najdłużej, o ile nie wiecznie. Jej słowa jednak w pewien sposób zabolały Dorę. Zdawała sobie sprawę z tego, że w oczach Longbottom mogła być wciąż dzieckiem, jednak w całym swoim beztroskim, niewinnym jestestwie wciąż była córką swojej matki.
- Brenna... - powiedziała cicho, z uwagą patrząc nie na rozmówczynię, a na kuchenne kafelki, chcąc w ten sposób lepiej skrystalizować swoje myśli. - Próbują nie od dzisiaj. Próbują zabić mnie, moje rodzeństwo i mojego ojca. Zabili moją matkę. - spojrzała jej w oczy, dziwnie nagle poważnych i skoncentrowanych na celu. Samej Brennie, tym co chciała jej uzmysłowić i wszystkim tym, co się z tym wiązało. - Mogę próbować nadrobić stracone chwile, ale nie zmieni to tego jak potoczyło się moje życie. Zdaję sobie sprawę z tego, że Borginowie to tylko ułamek problemu. Ale myślę, że daje mi to odpowiednią wiedze na ten temat.
Odepchnęła się od stołu, zostawiając na niej szmatkę i podeszła do Brenny, zatrzymując się przed nią i ujmując ją za dłonie.
- Ktoś może zginąc w mojej obronie, ale jestem gotowa zrobić to samo. Za swoją rodzinę oddałabym wszystko. Wiem, jak to jest się bać. I nie chcę, żeby inni się bali. Nikt nie zasługuje na to, żeby żyć w strachu. Żeby żyć w ukryciu. Żeby wyrzekać się samego siebie tylko dlatego, że komuś innemu się to nie podoba - uśmiechnęła się do niej delikatnie.
Nie miała nic przeciwko by dalej być tylko Dorą. Zbierać zioła, odbierać potrzebne do eliksirów składniki, zaszywać się w pokoju z kociołkiem i przyrządzać mikstury, które potem sprzedawała mieszkańcom doliny. Tak samo jak i nie przeszkadzało jej obejmowanie we władanie kuchni, co przecież wcale nie traktowała jako obowiązku, a jako raczej przyjemne zajęcie.
Crawley zwyczajnie lubiła to ciche życie. Nawet jeśli było ono wynikiem pogwałcenia jej wcześniejszych pragnień, z biegiem czasu uświadomiła sobie, że wcale nie potrzebowała pracować w Mungu, żeby czuć się spełnioną. Czasem tylko czuła się samotnie, co wydawało jej się nad wyraz dziwacznie, bo przecież miała dookoła siebie tyle ludzi.
W tym wszystkim jednak była świadoma tego, że nawet jeśli Dolina była spokojna, pozostająca pod protekcją Longbottomów, to stan ten nie mógł trwać wiecznie. Nadchodzące zmiany wzbierały niczym fale i dziewczyna była pewna, że w końcu zaleje ich wszystkich, jeśli będą tkwić w miejscu,
Brenna już działała. pracowała nad tym, by bezczynność nie przyczyniła się do ich bolesnego upadku. By bańka bezpieczeństwa utrzymywała się jak najdłużej, o ile nie wiecznie. Jej słowa jednak w pewien sposób zabolały Dorę. Zdawała sobie sprawę z tego, że w oczach Longbottom mogła być wciąż dzieckiem, jednak w całym swoim beztroskim, niewinnym jestestwie wciąż była córką swojej matki.
- Brenna... - powiedziała cicho, z uwagą patrząc nie na rozmówczynię, a na kuchenne kafelki, chcąc w ten sposób lepiej skrystalizować swoje myśli. - Próbują nie od dzisiaj. Próbują zabić mnie, moje rodzeństwo i mojego ojca. Zabili moją matkę. - spojrzała jej w oczy, dziwnie nagle poważnych i skoncentrowanych na celu. Samej Brennie, tym co chciała jej uzmysłowić i wszystkim tym, co się z tym wiązało. - Mogę próbować nadrobić stracone chwile, ale nie zmieni to tego jak potoczyło się moje życie. Zdaję sobie sprawę z tego, że Borginowie to tylko ułamek problemu. Ale myślę, że daje mi to odpowiednią wiedze na ten temat.
Odepchnęła się od stołu, zostawiając na niej szmatkę i podeszła do Brenny, zatrzymując się przed nią i ujmując ją za dłonie.
- Ktoś może zginąc w mojej obronie, ale jestem gotowa zrobić to samo. Za swoją rodzinę oddałabym wszystko. Wiem, jak to jest się bać. I nie chcę, żeby inni się bali. Nikt nie zasługuje na to, żeby żyć w strachu. Żeby żyć w ukryciu. Żeby wyrzekać się samego siebie tylko dlatego, że komuś innemu się to nie podoba - uśmiechnęła się do niej delikatnie.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.