05.04.2023, 22:57 ✶
Brenna odłożyła wreszcie bezużyteczną już ścierkę, spoglądając na Dorę, w jej nagle poważne oczy. Wiedziała, oczywiście, że wiedziała, że zabili jej matkę, że chcą zabić jej rodzeństwo i chcą zabić jej ojca. Ale wiedziała też, że to było coś innego – świadomość ciągłego zagrożenia, a moment, kiedy śmierciożercy stoją już przed tobą.
I rozpaczliwie chciała tego oszczędzić Dorze i wszystkim Crawleyom. Może nawet łudziła się kiedyś, że to będzie możliwe. Zanim zaczęła się wojna, zanim Voldemort ogłosił, że rozpoczyna walkę o „czystość”, zanim okazało się, że tak wielu jest gotowym pójść za nim – by zatrzymać zmiany, utrzymać wpływy, z czystej nienawiści albo z samej chęci patrzenia, jak świat płonie. Teraz wszystko zaszło tak daleko. A przecież zgadzała się ze wszystkim, co mówiła Menodora, i była gotowa nadstawiać karku właśnie z myślą o tym. Żeby Crawleyowie nie musieli już ukrywać się w ich domu, a mogli chodzić po Londynie i podawać każdemu prawdziwe nazwisko. Żeby Mabel dorastała w świecie, w którym nikt nie pośle w nią zaklęcia tylko dlatego, że uśmiechnęła się do mugolaka. Żeby Thomas nie patrzył na nich z niezrozumieniem, stojąc w ruinach własnego mieszkania, nie mogąc pojąć, nie chcąc pojąć, dlaczego ktoś robił mu to wyłącznie ze względu na krew, jaka płynęła w jego żyłach.
Tak naprawdę nikt z nich nie był na to wszystko gotowi.
- Tak mi przykro, Dora – westchnęła tylko i ścisnęła jej dłonie, a potem, pod wpływem impulsu, przygarnęła ją do siebie i objęła, tę dorosłą już dziewczynę, którą poznała jako dziecko i przywykła uważać za członka rodziny. Równie kochanego jak kuzynki, przecież będące prawie jak siostry. – W porządku. Jeśli tego chcesz.
Puściła ją po chwili, spoglądając na nią z powagą. Tym razem nie gadała stu słów na minutę, nie wygłaszała zwykłych żartów, bo mogła iść do Mavelle i powiedzieć, że ma dla niej absolutnie niebezpieczną i szaloną propozycję, ale to było coś zupełnie innego. Bo Dora straciła w tej wojnie najwięcej z nich, jeszcze zanim ta nawet wybuchła. Okradziono ją z matki, domu, poczucia bezpieczeństwa i nawet, w pewnym sensie, wreszcie z tożsamości.
- Ale nie od razu – ostrzegła Brenna. Sama była uczona pojedynków najpierw przez dziadka, a później na szkoleniu w BUM. Dora uczyła się na uzdrowicielkę i z tego, co wiedziała Brenna, dotąd nie miała wielu okazji do walki. Posłanie jej ot tak na jakieś zadanie, gdzie mogła wpaść na naśladowców w tej chwili, w oczach kobiety nie wchodziło w grę. – W tej chwili zgłoszę cię jako wytwórcę. Od jutra zaczniemy ćwiczyć pojedynki. Przejdziesz szkolenie, jakie dostają dzieciaki w naszej rodzinie… a nawet gorsze, bo bądź pewna, że ja użyję wszystkich najpaskudniejszych chwytów, jakie znam, niegodnych Longbottomów. I jeśli dalej będziesz tego chciała… to w porządku. Umowa stoi?
I rozpaczliwie chciała tego oszczędzić Dorze i wszystkim Crawleyom. Może nawet łudziła się kiedyś, że to będzie możliwe. Zanim zaczęła się wojna, zanim Voldemort ogłosił, że rozpoczyna walkę o „czystość”, zanim okazało się, że tak wielu jest gotowym pójść za nim – by zatrzymać zmiany, utrzymać wpływy, z czystej nienawiści albo z samej chęci patrzenia, jak świat płonie. Teraz wszystko zaszło tak daleko. A przecież zgadzała się ze wszystkim, co mówiła Menodora, i była gotowa nadstawiać karku właśnie z myślą o tym. Żeby Crawleyowie nie musieli już ukrywać się w ich domu, a mogli chodzić po Londynie i podawać każdemu prawdziwe nazwisko. Żeby Mabel dorastała w świecie, w którym nikt nie pośle w nią zaklęcia tylko dlatego, że uśmiechnęła się do mugolaka. Żeby Thomas nie patrzył na nich z niezrozumieniem, stojąc w ruinach własnego mieszkania, nie mogąc pojąć, nie chcąc pojąć, dlaczego ktoś robił mu to wyłącznie ze względu na krew, jaka płynęła w jego żyłach.
Tak naprawdę nikt z nich nie był na to wszystko gotowi.
- Tak mi przykro, Dora – westchnęła tylko i ścisnęła jej dłonie, a potem, pod wpływem impulsu, przygarnęła ją do siebie i objęła, tę dorosłą już dziewczynę, którą poznała jako dziecko i przywykła uważać za członka rodziny. Równie kochanego jak kuzynki, przecież będące prawie jak siostry. – W porządku. Jeśli tego chcesz.
Puściła ją po chwili, spoglądając na nią z powagą. Tym razem nie gadała stu słów na minutę, nie wygłaszała zwykłych żartów, bo mogła iść do Mavelle i powiedzieć, że ma dla niej absolutnie niebezpieczną i szaloną propozycję, ale to było coś zupełnie innego. Bo Dora straciła w tej wojnie najwięcej z nich, jeszcze zanim ta nawet wybuchła. Okradziono ją z matki, domu, poczucia bezpieczeństwa i nawet, w pewnym sensie, wreszcie z tożsamości.
- Ale nie od razu – ostrzegła Brenna. Sama była uczona pojedynków najpierw przez dziadka, a później na szkoleniu w BUM. Dora uczyła się na uzdrowicielkę i z tego, co wiedziała Brenna, dotąd nie miała wielu okazji do walki. Posłanie jej ot tak na jakieś zadanie, gdzie mogła wpaść na naśladowców w tej chwili, w oczach kobiety nie wchodziło w grę. – W tej chwili zgłoszę cię jako wytwórcę. Od jutra zaczniemy ćwiczyć pojedynki. Przejdziesz szkolenie, jakie dostają dzieciaki w naszej rodzinie… a nawet gorsze, bo bądź pewna, że ja użyję wszystkich najpaskudniejszych chwytów, jakie znam, niegodnych Longbottomów. I jeśli dalej będziesz tego chciała… to w porządku. Umowa stoi?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.