06.04.2023, 00:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2023, 00:09 przez William Lestrange.)
Uśmiechnął się szeroko, bardzo nienaturalnie, wręcz upiornie.
Raczej nie zdawał sobie sprawy, że tak się właśnie prezentuje, ale kto wie.
- Nie, po prostu pozwoliłem sobie przez chwilę na nie filtrowanie każdej myśli - odparł bez ogródek, spoglądając najpierw na Perseusza, oczyma roziskrzonymi od samego myślenia o prostocie świata, gdyby ludzie nie musieli przywdziewać masek. Zaraz zmienił trajektorie na okno, za którym nie dostrzegł niczego fascynującego, acz wydawał się na nim przez chwilę skupiony.
- Tak jest prościej, sam powinieneś wiedzieć. Po co mam kogokolwiek zastraszać, skoro mogę po prostu konfundować swoją osobliwością, Panie Doktorze? - nie brzmiał teraz prześmiewczo, raczej jak zainteresowane dziecko, które popycha kulkę wypełnioną klockami w stronę swojego towarzysza zabawy, bo chce, aby ta została przejęta i odepchnięta z powrotem.
Mało kto zdawał sobie sprawę, że zakłopotanie Williama nie brało się wcale z jego wstydliwości, a raczej z nieumiejętności lawirowania pomiędzy odczuwającym, empatycznym czy zapisanym w ciasnych ramach światem kontaktów międzyludzkich. W młodości z łatwością przekraczał granice, nie rozumiejąc dlaczego kogoś może urazić jego pytanie czy zdenerwować logiczne przedstawienie sytuacji. W późniejszych latach przerodziło się to w wykonywanie akcji niezbyt uznawanych za moralne. Bez problemu byłby w stanie poić mieszkającą z nim osobę eliksirem, aby sprawdzić jego działanie. Co śmieszne, nie widziałby niczego złego w tym zachowaniu, jeżeli substancja w żaden sposób nie zagrażała tej osobie.
- Trupy nie są wcale takie straszne, dopóki się ich nie ożywi, wtedy stają się problematyczne. Inferius zrobi ci o wiele większą krzywdę niż denat leżący w otwartej trumnie. Chyba, że masz ich za dużo w szafie - wzruszył ramionami, absolutnie nie zdając sobie sprawy, że Perseusza faktycznie mogłoby to przerazić, w końcu wypowiedział to słowo żartobliwym tonem, pociągnął ich osobliwą wymianę zdań w tym kierunku.
- Nie powiedziałbym, że nikt nie rodzi się potworem. Pewnie, środowisko kształtuje nasze poglądy, trudno nam wyjść poza bańkę uprzywilejowania, bo to jak krok w nieznane, wyjście z pokoju, w którym zapalone jest światło - mówił spokojnie, metodycznie, a w pewnym momencie złapał czarkę z jaśminową herbatą, aby zwilżyć gardło.
Wielu osobom wydawał się zarozumiały, ale już dawno przestał zwracać na to uwagę. Jeżeli ktoś miał na tyle niskie mniemanie o sobie, że widział w chęci rozmowy i wymieniania opinii przytyk w swoją stronę, to nie był uwagi Lestrange'a. Oczywiście, ten pogląd mógł się zmienić, gdy przywdziewał bardziej społecznie akceptowalną i mniej dla siebie naturalną maskę przy osobach, z których towarzystwem nie czuł się aż tak rozluźniony.
Dualizm swojej własnej osoby jakoś zawsze mu umykał.
- Co ma do rzeczy nienawiść do mugolaków w kontekście surowych rodziców. To raczej kwestia nienawidzenia kogokolwiek, kto jest postawiony niżej na drabinie społecznej, traktowanie takich osób z pogardą, wypracowaną, wpisaną w losy tak wychowanego człowieka od samego początku jego istnienia. Kultywowanie tradycji, konserwatywne poglądy, dbanie o własne interesy. Ostracyzowanie danej grupy pomaga w osiągnięciu celu, ludzie wierzący w ideę są przekonani, ze muszą za nią podążać, bo na końcu czeka ich nagroda, lepszy świat, być może, od tego, w którym teraz żyją, lub kontynuacja posiadanych przez nich przywilejów. To wszystko to tak naprawdę jedno wielkie, napędzające się koło. Mugolacy to łatwy cel. Przed nimi były... Gobliny, bodajże? Ile to rebelii ich było. Innym powodem może być strach. Strach przed powtórzeniem się historii, jak palenie czarownic, czy strach przed utratą statusu.
Wszystko to wydawało mu sie niesamowicie logiczne, banalnie oczywiste, nie rozumiał zbytnio do czego kuzyn pije takimi rozmyślaniami.
Raczej nie zdawał sobie sprawy, że tak się właśnie prezentuje, ale kto wie.
- Nie, po prostu pozwoliłem sobie przez chwilę na nie filtrowanie każdej myśli - odparł bez ogródek, spoglądając najpierw na Perseusza, oczyma roziskrzonymi od samego myślenia o prostocie świata, gdyby ludzie nie musieli przywdziewać masek. Zaraz zmienił trajektorie na okno, za którym nie dostrzegł niczego fascynującego, acz wydawał się na nim przez chwilę skupiony.
- Tak jest prościej, sam powinieneś wiedzieć. Po co mam kogokolwiek zastraszać, skoro mogę po prostu konfundować swoją osobliwością, Panie Doktorze? - nie brzmiał teraz prześmiewczo, raczej jak zainteresowane dziecko, które popycha kulkę wypełnioną klockami w stronę swojego towarzysza zabawy, bo chce, aby ta została przejęta i odepchnięta z powrotem.
Mało kto zdawał sobie sprawę, że zakłopotanie Williama nie brało się wcale z jego wstydliwości, a raczej z nieumiejętności lawirowania pomiędzy odczuwającym, empatycznym czy zapisanym w ciasnych ramach światem kontaktów międzyludzkich. W młodości z łatwością przekraczał granice, nie rozumiejąc dlaczego kogoś może urazić jego pytanie czy zdenerwować logiczne przedstawienie sytuacji. W późniejszych latach przerodziło się to w wykonywanie akcji niezbyt uznawanych za moralne. Bez problemu byłby w stanie poić mieszkającą z nim osobę eliksirem, aby sprawdzić jego działanie. Co śmieszne, nie widziałby niczego złego w tym zachowaniu, jeżeli substancja w żaden sposób nie zagrażała tej osobie.
- Trupy nie są wcale takie straszne, dopóki się ich nie ożywi, wtedy stają się problematyczne. Inferius zrobi ci o wiele większą krzywdę niż denat leżący w otwartej trumnie. Chyba, że masz ich za dużo w szafie - wzruszył ramionami, absolutnie nie zdając sobie sprawy, że Perseusza faktycznie mogłoby to przerazić, w końcu wypowiedział to słowo żartobliwym tonem, pociągnął ich osobliwą wymianę zdań w tym kierunku.
- Nie powiedziałbym, że nikt nie rodzi się potworem. Pewnie, środowisko kształtuje nasze poglądy, trudno nam wyjść poza bańkę uprzywilejowania, bo to jak krok w nieznane, wyjście z pokoju, w którym zapalone jest światło - mówił spokojnie, metodycznie, a w pewnym momencie złapał czarkę z jaśminową herbatą, aby zwilżyć gardło.
Wielu osobom wydawał się zarozumiały, ale już dawno przestał zwracać na to uwagę. Jeżeli ktoś miał na tyle niskie mniemanie o sobie, że widział w chęci rozmowy i wymieniania opinii przytyk w swoją stronę, to nie był uwagi Lestrange'a. Oczywiście, ten pogląd mógł się zmienić, gdy przywdziewał bardziej społecznie akceptowalną i mniej dla siebie naturalną maskę przy osobach, z których towarzystwem nie czuł się aż tak rozluźniony.
Dualizm swojej własnej osoby jakoś zawsze mu umykał.
- Co ma do rzeczy nienawiść do mugolaków w kontekście surowych rodziców. To raczej kwestia nienawidzenia kogokolwiek, kto jest postawiony niżej na drabinie społecznej, traktowanie takich osób z pogardą, wypracowaną, wpisaną w losy tak wychowanego człowieka od samego początku jego istnienia. Kultywowanie tradycji, konserwatywne poglądy, dbanie o własne interesy. Ostracyzowanie danej grupy pomaga w osiągnięciu celu, ludzie wierzący w ideę są przekonani, ze muszą za nią podążać, bo na końcu czeka ich nagroda, lepszy świat, być może, od tego, w którym teraz żyją, lub kontynuacja posiadanych przez nich przywilejów. To wszystko to tak naprawdę jedno wielkie, napędzające się koło. Mugolacy to łatwy cel. Przed nimi były... Gobliny, bodajże? Ile to rebelii ich było. Innym powodem może być strach. Strach przed powtórzeniem się historii, jak palenie czarownic, czy strach przed utratą statusu.
Wszystko to wydawało mu sie niesamowicie logiczne, banalnie oczywiste, nie rozumiał zbytnio do czego kuzyn pije takimi rozmyślaniami.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated