06.04.2023, 02:22 ✶
Ulysses drgnął. Chyba nie spodziewał się, że Alannie naprawdę mogło być przykro z powodu Danielle i Samuela. Spodziewał się raczej jakiegoś komentarza w rodzaju: Ach, mały Sami odbił ci laskę? Hahaha, nie spodziewałam się tego po nim! Dobrze, dobrze, jeszcze będą z niego ludzie! Westchnął przeciągle. Na dobrą sprawę sam nie wiedział, czemu głupi wianek zapiekł go w środku aż tak bardzo, bardzo do żywego. To znaczy wiedział, ale własna nieracjonalność, gdy chodziło o śliczną, młodziutką uzdrowicielkę nadal go wprawiała w osłupienie. I w irytację. Powinien się od niej odpieprzyć raz na zawsze, ale jakoś nie potrafił. Wcale nie nastawiał się na nie wiadomo co. Wiedział, że dla samej Danielle taki Samuel byłby dużo lepszą partią niż on, po prostu…
Po prostu nie potrafił wyrzucić jej z głowy.
Z innymi kobietami było jakoś łatwiej. Ale też inne nie wwiercały się w jego umysł aż tak jak ona.
- Wybacz, że nie dam ci żadnej sensownej rady w sprawach sercowych, ale jak widzisz idzie mi w nich mniej więcej tak samo dobrze jak tobie – rzucił trochę miększym niż normalnie tonem. Kłamstwo. Szło mu na pewno zdecydowanie gorzej niż Alannie. Tak, to nie było zbyt szlachetne, ale jakoś tak zrobiło mu się trochę lepiej na myśl, że nie on jeden miał złamane serce tego wieczoru. Chociaż może obydwoje mieli farta? Przynajmniej żaden spadający mugol nie połamał im karków.
Ulysses oparł się plecami o ścianę. Myślał o tym, co się właśnie musiało rozgrywać na Beltane. Miał nadzieję, że z jego ojcem jest wszystko w porządku. Miał nadzieję, że Samuel zdążył przynajmniej zaciągnąć Danielle do lasu, zanim na polanę ognisk wkroczył Czarny Pan. Gorzki śmiech spełzł mu z ust.
Nie wiedział w jaki sposób miały zadziałać świstokliki, które tu podrzucił, ale miał nadzieję, że nieszczęśliwcy, którzy będą trzymali je w rękach, nie spadną na głowy tych, na których mu zależało.
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, może nie będziemy musieli sprzątać – zauważył ciszej.
Myśl o zwycięstwie Lorda Voldemorta nie sprawiała, by nagle poprawił mu się znacząco humor. Raczej miał cichą nadzieję, że jego ojciec zostanie po tym wreszcie należycie doceniony. Może go awansują w Ministerstwie Magii? Będzie pełnił funkcję, na jaką zasługiwał w oczach syna. – Seria samobójstw – zaryzykował. – Łatwo to ukartować. Upadek z dużej wysokości sprzyjałby tej wersji.
Podniósł pytający wzrok na Alannę, a potem wyrzucił z siebie cicho, bardzo cicho, to jedno pytanie, które go nurtowało od kilku godzin.
- Czemu nikt nie uprzedził czystokrwistych? – Przecież to w ich imieniu toczyła się cała walka. A jednak Shafiq nie wiedział, że musi się ewakuować. Kuzyn Alanny chyba również nie. Danielle z pewnością nie. Ilu było takich, którzy niewiedzieli? I czemu niewiedzieli? Przecież ta walka była podobno również dla nich.
Po prostu nie potrafił wyrzucić jej z głowy.
Z innymi kobietami było jakoś łatwiej. Ale też inne nie wwiercały się w jego umysł aż tak jak ona.
- Wybacz, że nie dam ci żadnej sensownej rady w sprawach sercowych, ale jak widzisz idzie mi w nich mniej więcej tak samo dobrze jak tobie – rzucił trochę miększym niż normalnie tonem. Kłamstwo. Szło mu na pewno zdecydowanie gorzej niż Alannie. Tak, to nie było zbyt szlachetne, ale jakoś tak zrobiło mu się trochę lepiej na myśl, że nie on jeden miał złamane serce tego wieczoru. Chociaż może obydwoje mieli farta? Przynajmniej żaden spadający mugol nie połamał im karków.
Ulysses oparł się plecami o ścianę. Myślał o tym, co się właśnie musiało rozgrywać na Beltane. Miał nadzieję, że z jego ojcem jest wszystko w porządku. Miał nadzieję, że Samuel zdążył przynajmniej zaciągnąć Danielle do lasu, zanim na polanę ognisk wkroczył Czarny Pan. Gorzki śmiech spełzł mu z ust.
Nie wiedział w jaki sposób miały zadziałać świstokliki, które tu podrzucił, ale miał nadzieję, że nieszczęśliwcy, którzy będą trzymali je w rękach, nie spadną na głowy tych, na których mu zależało.
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, może nie będziemy musieli sprzątać – zauważył ciszej.
Myśl o zwycięstwie Lorda Voldemorta nie sprawiała, by nagle poprawił mu się znacząco humor. Raczej miał cichą nadzieję, że jego ojciec zostanie po tym wreszcie należycie doceniony. Może go awansują w Ministerstwie Magii? Będzie pełnił funkcję, na jaką zasługiwał w oczach syna. – Seria samobójstw – zaryzykował. – Łatwo to ukartować. Upadek z dużej wysokości sprzyjałby tej wersji.
Podniósł pytający wzrok na Alannę, a potem wyrzucił z siebie cicho, bardzo cicho, to jedno pytanie, które go nurtowało od kilku godzin.
- Czemu nikt nie uprzedził czystokrwistych? – Przecież to w ich imieniu toczyła się cała walka. A jednak Shafiq nie wiedział, że musi się ewakuować. Kuzyn Alanny chyba również nie. Danielle z pewnością nie. Ilu było takich, którzy niewiedzieli? I czemu niewiedzieli? Przecież ta walka była podobno również dla nich.