27.10.2022, 19:46 ✶
Eden każdego poranka budziła się o tej samej porze i takie same miewała myśli: po co ja żyję. Nie wiązało się to jednak z żadną depresją czy jakimś "l’appel du vide", po prostu mierziła ją wizja pracy, gdzie wybitnie się nudzi. Musiała ciągle szukać sobie rozrywki cudzym kosztem, rzucać sarkastyczne komentarze i znajdować zajęcia na boku (stała się wielką fanką rozwiązywania krzyżówek z ostatniej strony Proroka Codziennego), żeby nie zgłupieć. Irytowało ją, jak wolno wszyscy myślą, jak omijają najprostsze sposoby na zakończenie sprawy, szukając dziury w całym. Malfoy zdecydowanie nie nadawała się do pracy zespołowej po prostu, bez względu na to, czy chodziło o łapanie rzezimieszków, czarnoksiężników, czy piłki podczas gry w zbijaka.
- Cudownie - skomentowała za pomocą drobnej gry słownej, uśmiechając się aż nadto fałszywie. - A więc w dwa dni jesteś w stanie sprawić, że praca w tym miejscu przestanie mi odbierać chęci do życia? - zagadnęła, nie licząc w sumie na odpowiedź, bo pytanie było czysto retoryczne. Prędzej skłonna byłaby uwierzyć, że Brenna była w stanie chodzić po wodzie lub przeżyć pocałunek dementora.
- Zawsze tak dużo mówisz? - zapytała po serii mrugnięć w dziwnego rodzaju osłupieniu, kiedy brygadzistka skończyła wypytywać ją o czarnoksiężnika. Zdążyła w trakcie zjeść kolejne ciastko, podrapać się po karku i rozważyć, czy może jednak nie opuścić pomieszczenia. To nie tak, że za Brenną nie nadążała, wręcz przeciwnie - rozumiała każde wyćwierkane słowo, po prostu nie widziała sensu w zadawaniu tylu pytań i rozdrabnianiu się na tyle niepotrzebnych kwestii. Po co używać słów pięćdziesięciu, kiedy można zamknąć się w czterech: Czy wiesz jak wygląda?
Podniosła się z kucającej pozycji dość zręcznie, by następnie znów skierować się do swojego biurka. Odstawiła talerzyk z ciasteczkami, których nie pozostało już wiele i które pewnie nie zostaną skosztowane przez brygadzistkę, jeśli sama nie poprosi ładnie lub nie wykona należycie powierzonego jej zadania. Wtedy dopiero chwyciła teczkę wykonaną z brązowego papieru, otworzyła ją na ruchomym zdjęciu mężczyzny, wróciła do dziewczyny i rzuciła rzeczone akta na podłogę, by pełzająca po niej Brenna mogła się gościowi przyjrzeć.
Był to przysadzisty facet w średnim wieku; prawdopodobnie zahaczał o pięćdziesiątkę. Miał szpakowate włosy sięgające długością nosa, wybitnie nierówno przycięte. Dziwne spojrzenie w niebieskich oczach, jakby zdziczał. Niczym niewyróżniające się szaty. Ot, kolejny typ spod ciemnej gwiazdy.
Kiedy brygadzistka pogrążyła się w swoim transie, Eden ponownie wróciła w kierunku biurka. Tym razem wzięła krzesło, które ze zgrzytem przeciągnęła po podłodze na drugi koniec utworzonego kręgu ze świec, by usiąść naprzeciwko Brenny. Założyła nogę na nogę, skrzyżowała ramiona i obserwowała ją w ciszy, zastanawiając się tylko, czy na pewno nie marnuje jej czasu. Trwało to długo, a twarz dziewczyny zmieniała się niespokojnie, jakby widziała obrazy cokolwiek niepokojące. W końcu Malfoy musiała się więc odezwać.
- Londyn do Longbottom - mruknęła, bujając nogą tam i z powrotem. - Jesteś tu jeszcze ze mną? -
- Cudownie - skomentowała za pomocą drobnej gry słownej, uśmiechając się aż nadto fałszywie. - A więc w dwa dni jesteś w stanie sprawić, że praca w tym miejscu przestanie mi odbierać chęci do życia? - zagadnęła, nie licząc w sumie na odpowiedź, bo pytanie było czysto retoryczne. Prędzej skłonna byłaby uwierzyć, że Brenna była w stanie chodzić po wodzie lub przeżyć pocałunek dementora.
- Zawsze tak dużo mówisz? - zapytała po serii mrugnięć w dziwnego rodzaju osłupieniu, kiedy brygadzistka skończyła wypytywać ją o czarnoksiężnika. Zdążyła w trakcie zjeść kolejne ciastko, podrapać się po karku i rozważyć, czy może jednak nie opuścić pomieszczenia. To nie tak, że za Brenną nie nadążała, wręcz przeciwnie - rozumiała każde wyćwierkane słowo, po prostu nie widziała sensu w zadawaniu tylu pytań i rozdrabnianiu się na tyle niepotrzebnych kwestii. Po co używać słów pięćdziesięciu, kiedy można zamknąć się w czterech: Czy wiesz jak wygląda?
Podniosła się z kucającej pozycji dość zręcznie, by następnie znów skierować się do swojego biurka. Odstawiła talerzyk z ciasteczkami, których nie pozostało już wiele i które pewnie nie zostaną skosztowane przez brygadzistkę, jeśli sama nie poprosi ładnie lub nie wykona należycie powierzonego jej zadania. Wtedy dopiero chwyciła teczkę wykonaną z brązowego papieru, otworzyła ją na ruchomym zdjęciu mężczyzny, wróciła do dziewczyny i rzuciła rzeczone akta na podłogę, by pełzająca po niej Brenna mogła się gościowi przyjrzeć.
Był to przysadzisty facet w średnim wieku; prawdopodobnie zahaczał o pięćdziesiątkę. Miał szpakowate włosy sięgające długością nosa, wybitnie nierówno przycięte. Dziwne spojrzenie w niebieskich oczach, jakby zdziczał. Niczym niewyróżniające się szaty. Ot, kolejny typ spod ciemnej gwiazdy.
Kiedy brygadzistka pogrążyła się w swoim transie, Eden ponownie wróciła w kierunku biurka. Tym razem wzięła krzesło, które ze zgrzytem przeciągnęła po podłodze na drugi koniec utworzonego kręgu ze świec, by usiąść naprzeciwko Brenny. Założyła nogę na nogę, skrzyżowała ramiona i obserwowała ją w ciszy, zastanawiając się tylko, czy na pewno nie marnuje jej czasu. Trwało to długo, a twarz dziewczyny zmieniała się niespokojnie, jakby widziała obrazy cokolwiek niepokojące. W końcu Malfoy musiała się więc odezwać.
- Londyn do Longbottom - mruknęła, bujając nogą tam i z powrotem. - Jesteś tu jeszcze ze mną? -
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~