06.04.2023, 11:46 ✶
Theodore czuł harmonię. Uczucie było ciężkie do opisania, bo w jego głowie nie miał żadnych dających się nazwać myśli lub emocji, ale to, co tam było, kłębiło się w przyjemny sposób, dający chłopakowi uczucie lekkości oraz dobrego wyboru. Wzmocniło się ono szczególnie wtedy, gdy wspomniała, że czuła podobnie jak on. Uśmiech wykwitł na jego twarzy.
- Nie podważaj mojego autorytetu, bo się obrażę – odparł żartobliwym tonem, sugerującym, że wcale nie był zły. Uśmiechnął się do niej, po czym zakręcił nią przez moment, nim znów objął ją w powolniejszym tańcu. - Lovegoodowie są w pewnym sensie ekspertami od wil. Uwierz mi, wiem, co mówię – dodał pewny siebie, by nie próbowała więcej oponować. Jego rodzina była znana głównie przez charakterystyczną urodę związaną z częstymi kontaktami z leśnymi pięknościami. Theodore również był owocem takiego związku. Wprawdzie nigdy nie ujrzał żadnej z nich na własne oczy, ale wydawało mu się, że miał całkiem dobre wyobrażenie tego, jakie naprawdę były. Mógł więc porównać do nich Effie.
- Masz nadnaturalny wdzięk, nienaganną urodę, a w przeciwieństwie do tych istot dorzucasz do tego niewybuchowy, miły charakter. Tego nie przebije nawet najpotężniejszy urok - stwierdził, przyglądając się dziewczynie niczym w obrazek, jakby nic innego nie istniało. Gdyby ktoś inny był na jego miejscu, to pewnie miałby chwilę namysłu, czy aby te wszystkie komplementy były nad na wyrost. Może przesadzał? Może, gdyby znał ją trochę lepiej, odkryłby w niej jakieś odrzucające cechy charakteru? Lovegood, w przeciwieństwie do innych, rzadko słuchał się logiki, podążał za tym, co w danej chwili podpowiadały mu uczucia. A te podpowiadały mu, że nie było powodów, by nie obdarować dziewczyny miłymi słowami. Skoro już tu razem byli, skoro dobrze się bawili, to warto było zrobić wszystko, by ten dzień był niezapomniany.
- Nie podważaj mojego autorytetu, bo się obrażę – odparł żartobliwym tonem, sugerującym, że wcale nie był zły. Uśmiechnął się do niej, po czym zakręcił nią przez moment, nim znów objął ją w powolniejszym tańcu. - Lovegoodowie są w pewnym sensie ekspertami od wil. Uwierz mi, wiem, co mówię – dodał pewny siebie, by nie próbowała więcej oponować. Jego rodzina była znana głównie przez charakterystyczną urodę związaną z częstymi kontaktami z leśnymi pięknościami. Theodore również był owocem takiego związku. Wprawdzie nigdy nie ujrzał żadnej z nich na własne oczy, ale wydawało mu się, że miał całkiem dobre wyobrażenie tego, jakie naprawdę były. Mógł więc porównać do nich Effie.
- Masz nadnaturalny wdzięk, nienaganną urodę, a w przeciwieństwie do tych istot dorzucasz do tego niewybuchowy, miły charakter. Tego nie przebije nawet najpotężniejszy urok - stwierdził, przyglądając się dziewczynie niczym w obrazek, jakby nic innego nie istniało. Gdyby ktoś inny był na jego miejscu, to pewnie miałby chwilę namysłu, czy aby te wszystkie komplementy były nad na wyrost. Może przesadzał? Może, gdyby znał ją trochę lepiej, odkryłby w niej jakieś odrzucające cechy charakteru? Lovegood, w przeciwieństwie do innych, rzadko słuchał się logiki, podążał za tym, co w danej chwili podpowiadały mu uczucia. A te podpowiadały mu, że nie było powodów, by nie obdarować dziewczyny miłymi słowami. Skoro już tu razem byli, skoro dobrze się bawili, to warto było zrobić wszystko, by ten dzień był niezapomniany.