Harmonia, w której miarowo się zatapiali zdawała się zamykać ich w jednym oddechu wszechświata; w jednym obmierzłym spojrzeniu wszechrzeczy, który mościł wygodnie ich akwen. Nie istniało nic ponad ich dwójkę, a powolny taniec zbliżał ich do siebie z każdym momentem coraz bliżej; spokojna melodia wzierała do słuchu, a kołyszące się w jej rytm pary zdawały się mieć swój własny mikrokosmos istnienia. Prawdopodobnie dlatego jej serce trzepało niepokornie w klatce piersiowej, gdy czuła dotyk w talii i ujętą w uścisku dłoń. Uśmiech lawirował na jej wargach, ukazując rząd białych, perlistych zębów, a w zewnętrznych kącikach oczu pojawiły się płytkie zmarszczki idące w parze z tym szczerym, miłym wygięciem kącików ust. Oczy błękitne, roziskrzone w swej barwie, wpatrywały się w niego, jakby był jedynym remedium na jej życie; jakby był ostatnim letnim oddechem.
Była gotowa zaryzykować stwierdzenie, iż zaczynała się od niego bezpardonowo uzależniać. Jego kwitnący uśmiech, roziskrzone spojrzenie i pewny siebie krok – nigdy by nie pomyślała, że to ona będzie w jego ramionach wirować na parkiecie; że to ją zaprosi na bal i tego, jak bardzo ucieszy się z koncepcji spędzenia wieczoru w jego ramionach. Była nazbyt niewinna, aby pojąć w całokształcie męskie intencje – wiedziała jednak, że Theodore nie miałby niecnych zamiarów wobec jej dziecięcej sielskości. Uśmiech ponownie zatańczył na wargach, drgając kącikami ust niepewnie.
– Och, mówisz? Mogę być dla ciebie wilą, aczkolwiek nie sądzę, abym posiadała tak niebanalny urok – odparła, parsknięciem wzburzając salwę krótkiego śmiechu.
Effie była bardziej namacalna aniżeli leśne nimfy; była rzeczywista i faktyczna, nie posiadając w sobie wilego wdzięku – przynajmniej tak o sobie myślała. Koncepcja, jakoby miał ją mieć za ulotną i efemeryczną, mile mościła się na dnie umysłu. Wieczór kroił się jako niezapomniany w swej krasie i prawdopodobnie dlatego z każdą chwilą otwierała się coraz chyżej; coraz bardziej.
– Wiesz, Theo, co jest najlepsze? Pierwsze razy. My mamy dzisiaj ich sporo – pierwszy bal spędzony we dwójkę; pierwszy wspólny taniec. Brakuje do tego jedynie pierwszego poca… – urwała, a na jej policzkach wykwitł sowity pąs. Potrząsnęła głową wystraszona własnymi słowami.