Słuszny wzrost, chociaż w niektórych przypadkach stanowił sporą przewagę, tak teraz działał na jego korzyść. Przepychający się ludzie trącali go, deptali mu po stopach, ciągnęli z rozpędu za rękawy i ogólnie nie mieli zbyt dużego poszanowania dla jego osoby. Mobilność w niemalże dwumetrowym ciele zdecydowanie też nie była najłatwiejsza, więc w obecnych warunkach nie poprawiało to jego sytuacji.
Accio? Kto w takiej chwili rzuca accio, pomyślał, spoglądając z niezrozumieniem na swoją kompankę. Wyjaśnienie przyszło dosłownie chwilę potem.
— Uważaj na siebie! — rzucił za nią, starając się wymijać, pędzących prosto na niego uczestników marszu. — I pamiętaj, żeby...
Zamrugał, bo dziewczyna już zniknęła mu z oczu. Starał się odsunąć na bok piętrzące się w jego głowie pytania odnośnie do tego, jak udało jej się przemycić tutaj jego własny środek transportu. Wpadła tutaj jeszcze przed oficjalnym wydaniem rozkazu wyruszenia na miasto, czy on sam, pogrążony w myślach wywoływanych euforią po dostaniu wezwania, nie zauważył, że opuścili Ministerstwo Magii z magiczną miotłą?
W tym momencie, jak na zawołanie, dostrzegł swój dyliżans, swoją błyskawicę, mknącą ku niemu z zawrotną prędkością od strony jednego z budynków mieszkalnych. Mięśnie mężczyzny napięły się instynktownie, jak gdyby spodziewał się, że miotła wleci prosto w niego. Ta jednak zawisła tuż obok niego. Dzięki Merlinowi, że akurat te zaklęcia jej wychodzą, pomyślał, łapiąc trzonek i podciągając się na nim.
Po chwili mknął już w powietrzu, starając się wznieść na tyle wysoki pułap, aby swobodnie lecieć nad tłumem. Chociaż pierwsze parę magicznych zaklęć faktycznie sprowokowało w nim myśl, że na ulicach miasta dojdzie do pełnoprawnego konfliktu, tak widział, że sam chaos i brak zorganizowania robił swoje.
— W boczne zaułki! — wykrzykiwał raz po raz, starając się przekierować ledwo funkcjonujący w tym harmidrze tłum w mniej zatłoczone zakamarki dzielnicy.
Jego wzrok nieustannie błądził po dziesiątkach głów, nad którymi przelatywał, starając się wypatrzeć oznaki jakiejś bójki z udziałem czarodziejów z drugiego protestu lub po prostu ludzi potrzebujących nagłego wsparcia. Czyżby... Tak! Dosłownie krew w nim zawrzała, gdy zobaczył małą rudą dziewczynką, chowającą się przy ścianie jednego z budynków. Szybkie spojrzenie dookoła i Erik nie miał wątpliwości, że dzieciak odłączył się od matki. Brygadzista natychmiast obniżył pułap lotu i wylądował tuż obok siedmio lub ośmiolatki. Ciężko było określić, a i nie wiek był teraz najważniejszy.
— Hej, gdzie twoja mama? Albo tato? Z kim tutaj przyszłaś? Odłączyłaś się od kogoś? — spytał, strzelając oczami na boki, starając zachować się przy tym spokojny i miarowy głos. Przecież nikt nie puściłby dziecka samopas na protest polityczny, prawda?
Dziecko wpatrywało się w niego przez chwilę, po czym wskazało dłonią w tłum. Erik spojrzał w tym kierunku, starając się wypatrzeć, co chce pokazać mu dziewczynka. Po chwili dostrzegł w tłumie kobietę w średnim wieku, która próbowała przepchnąć się przez szalejący tłum z drugiej strony ulicy. Karkołomne zadanie, biorąc pod uwagę, że ludzie nie wiedzieli już nawet, w którym kierunku powinni uciekać.
Kurwa, pomyślał i rzucił się w tłum, wcześniej nakazując dziewczynce zostać na miejscu. Żeby w ogóle włączyć się do „ruchu”, musiał popchnąć parę postronnych osób i wyszarpywać się co chwilę z uścisków osób, które próbowały jego samego przepchnąć ze swojej drogi. Sam przy tym poleciał raz jak długi, gdy potknął się o czyjąś nogę. W końcu udało mu się jednak dostać do matki dziewczynki. Droga powrotna na szczęście była już dużo prostsza.
— Musicie... Musicie wycofać się do niemagicznej dzielnicy — wyjąkał, łapiąc oddech i wskazując w stronę jednej z bocznych uliczek. Dwa razy w lewo, prosto, potem w prawo i powinni się oddalić od tego całego szamba. O ile nie rozleje się ono jeszcze dalej.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞