27.10.2022, 20:02 ✶
- Na to pewnie potrzebowałabym przynajmniej trzech – oświadczyła Brenna. Tak, Eden prawdopodobnie byłaby bardzo ciężkim przypadkiem. – Skąd. Zwykle mówię więcej, przy tobie jakoś język nie chce do końca współpracować – odparła. Jej ton nie brzmiał złośliwie. Ba, dziewczyna nawet obdarzyła Eden przy tym uśmiechem. Czy była gadatliwa? Oczywiście. Czy o tym wiedziała? Pewnie! Czy niektórzy chcieli ją z tego powodu udusić? Prawdopodobnie. Czy zdawała sobie z tego faktu sprawę? Tak.
Czy zamierzała się zmienić?
Za nic!
Nie, nie poprosiła o ciasteczko. Za to już wkrótce miała poczuć się całkiem dumna, że wprawiła w Eden osłupienie swoją gadatliwością - gdy tylko usłyszała o niej trochę więcej. Teraz jednak bez słowa przyjrzała się szkicowi, a dopiero potem zanurzyła w wizji... trwając w niej, póki głos Eden nie przywołał jej z powrotem do realnego świata.
Nie powinno się wyrywać kogoś z Trzecim Okiem z transu.
Powrót do rzeczywistości był gwałtowny, nieprzyjemny, wyrywał powietrze z płuc. Brenna mocno zacisnęła palce na rękojeści, aż do białości, choć miała ochotę zrobić coś dokładnie odwrotnego, odrzucić go, daleko, daleko od siebie.
Nie patrzeć więcej.
Tak. Nie powinno się wyrywać kogoś z Trzecim Okiem z transu, ale teraz była za to Eden nieomal wdzięczna. Malfoy, Brenna nie wątpiła, że całkowicie nieświadomie i niechcący, oszczędziła jej dalszego ciągu bardzo nieprzyjemnego spektaklu.
Tkwiła w bezruchu jeszcze jakieś pięć sekund. Głowę cały czas miała spuszczoną, dzięki czemu Eden nie mogła zobaczyć jej twarzy, póki Brenna nie zdołała zapanować nad mięśniami.
- Aportacja w tym miejscu niestety nie działa, więc tak - stwierdziła, powoli opuszczając dłonie, podpierając ten przeklęty sztylet na kolanach.
- Kobieta, jasne, długie włosy, zielone oczy, blada, wysokie kości policzkowe. Wyglądała na... między dwadzieścia a dwadzieścia pięć lat. Nie znam jej, więc prawdopodobnie nie chodziła do Hogwartu, gdyby miała tyle, na ile wygląda i tam była, powinnam ją pamiętać. Jej zdjęcia nie było ostatnio w naszej prasie w informacjach o zaginięciach, więc może mugolka albo przejezdna. Zginęła prawdopodobnie jakiś... miesiąc, może dwa temu. Zabita za pomocą tego noża. Być może nekromancki albo czarnomagiczny rytuał, na podłodze były znaki, układały się w krąg. Nigdy takich nie widziałam, jeśli to starożytne runy, to bardziej skomplikowane. Chyba wypisane krwią, prawdopodobnie jej, spuszczoną jeszcze zanim umarła - zrelacjonowała beznamiętnie, przy okazji tym razem udowadniając, że jednak potrafi przekazać informację bez wielu niepotrzebny ozdobników. Pewnie gdyby zobaczyła coś innego, nie omieszkałaby się rozgadać, ale tak… Jej motywacja z "chcę ciasteczko" nagle gwałtownie urosła do "chcę złapać skurwysyna, przepraszam bardzo, gdzie moja różdżka, bo mam parę pomysłów na zaklęcia, których działanie powinien poznać".
Palce lewej dłoni Brenny przesunęły się po chłodnym ostrzu. Teraz czystym, nie naznaczonym krwią. Znów odetchnęła, głęboko nabrała powietrza, pozwalając, by zapach dymu wypełnił nozdrza. Twarz Eden zamazywała się za mglistą zasłoną.
Pokaż mi go, pomyślała Brenna, skupiając się na odłamku wspomnienia, kościstej dłoni, zaciśniętej na rękojeści w wizji, tak samo, jak teraz zaciskała jej prawa ręka. I znów: wizja wciągnęła ją, jak moc myślodsiewni.
Tym razem wszystko było wyraźniejsze.
Przypatrywała się mężczyźnie, siedzącemu w fotelu, czyszczącemu nóż z krwi. Mężczyźnie, którego pokazała jej Eden na zdjęciu. Może po zabójstwie tej dziewczyny, może jeszcze kogoś innego. Starała się zapamiętać każdy szczegół jego wyglądu, chociaż gdy wstał i ruszył przed lustro, ogromne, w jasnej ramie, Brenna nieomal natychmiast zrozumiała, że to wpatrywanie się w niego było zupełnie niepotrzebne. Syknęła, i w wizji, i "w realnym" świecie, przy okazji wyrywając się z transu. Nie szkodzi. W tej chwili dalsze patrzenie byłoby mało przydatne.
- Mamy pecha, panno Malfoy, a to zdjęcie można walnąć do śmietnika - poinformowała. - Szukacie metamorfomaga. Zmieniał swój wygląd bez różdżki i eliksirów. W szerokim zakresie. Ostatnio był prawdopodobnie szatynem, koło metr osiemdziesiąt wzrostu, o ciemnych oczach, z zarostem.
To przy okazji wyjaśniało, dlaczego aurorzy nie mogli go dorwać przez tyle miesięcy. I nie zdołali nawet ustalić, jak dokładnie wyglądał.
Czy zamierzała się zmienić?
Za nic!
Nie, nie poprosiła o ciasteczko. Za to już wkrótce miała poczuć się całkiem dumna, że wprawiła w Eden osłupienie swoją gadatliwością - gdy tylko usłyszała o niej trochę więcej. Teraz jednak bez słowa przyjrzała się szkicowi, a dopiero potem zanurzyła w wizji... trwając w niej, póki głos Eden nie przywołał jej z powrotem do realnego świata.
Nie powinno się wyrywać kogoś z Trzecim Okiem z transu.
Powrót do rzeczywistości był gwałtowny, nieprzyjemny, wyrywał powietrze z płuc. Brenna mocno zacisnęła palce na rękojeści, aż do białości, choć miała ochotę zrobić coś dokładnie odwrotnego, odrzucić go, daleko, daleko od siebie.
Nie patrzeć więcej.
Tak. Nie powinno się wyrywać kogoś z Trzecim Okiem z transu, ale teraz była za to Eden nieomal wdzięczna. Malfoy, Brenna nie wątpiła, że całkowicie nieświadomie i niechcący, oszczędziła jej dalszego ciągu bardzo nieprzyjemnego spektaklu.
Tkwiła w bezruchu jeszcze jakieś pięć sekund. Głowę cały czas miała spuszczoną, dzięki czemu Eden nie mogła zobaczyć jej twarzy, póki Brenna nie zdołała zapanować nad mięśniami.
- Aportacja w tym miejscu niestety nie działa, więc tak - stwierdziła, powoli opuszczając dłonie, podpierając ten przeklęty sztylet na kolanach.
- Kobieta, jasne, długie włosy, zielone oczy, blada, wysokie kości policzkowe. Wyglądała na... między dwadzieścia a dwadzieścia pięć lat. Nie znam jej, więc prawdopodobnie nie chodziła do Hogwartu, gdyby miała tyle, na ile wygląda i tam była, powinnam ją pamiętać. Jej zdjęcia nie było ostatnio w naszej prasie w informacjach o zaginięciach, więc może mugolka albo przejezdna. Zginęła prawdopodobnie jakiś... miesiąc, może dwa temu. Zabita za pomocą tego noża. Być może nekromancki albo czarnomagiczny rytuał, na podłodze były znaki, układały się w krąg. Nigdy takich nie widziałam, jeśli to starożytne runy, to bardziej skomplikowane. Chyba wypisane krwią, prawdopodobnie jej, spuszczoną jeszcze zanim umarła - zrelacjonowała beznamiętnie, przy okazji tym razem udowadniając, że jednak potrafi przekazać informację bez wielu niepotrzebny ozdobników. Pewnie gdyby zobaczyła coś innego, nie omieszkałaby się rozgadać, ale tak… Jej motywacja z "chcę ciasteczko" nagle gwałtownie urosła do "chcę złapać skurwysyna, przepraszam bardzo, gdzie moja różdżka, bo mam parę pomysłów na zaklęcia, których działanie powinien poznać".
Palce lewej dłoni Brenny przesunęły się po chłodnym ostrzu. Teraz czystym, nie naznaczonym krwią. Znów odetchnęła, głęboko nabrała powietrza, pozwalając, by zapach dymu wypełnił nozdrza. Twarz Eden zamazywała się za mglistą zasłoną.
Pokaż mi go, pomyślała Brenna, skupiając się na odłamku wspomnienia, kościstej dłoni, zaciśniętej na rękojeści w wizji, tak samo, jak teraz zaciskała jej prawa ręka. I znów: wizja wciągnęła ją, jak moc myślodsiewni.
Tym razem wszystko było wyraźniejsze.
Przypatrywała się mężczyźnie, siedzącemu w fotelu, czyszczącemu nóż z krwi. Mężczyźnie, którego pokazała jej Eden na zdjęciu. Może po zabójstwie tej dziewczyny, może jeszcze kogoś innego. Starała się zapamiętać każdy szczegół jego wyglądu, chociaż gdy wstał i ruszył przed lustro, ogromne, w jasnej ramie, Brenna nieomal natychmiast zrozumiała, że to wpatrywanie się w niego było zupełnie niepotrzebne. Syknęła, i w wizji, i "w realnym" świecie, przy okazji wyrywając się z transu. Nie szkodzi. W tej chwili dalsze patrzenie byłoby mało przydatne.
- Mamy pecha, panno Malfoy, a to zdjęcie można walnąć do śmietnika - poinformowała. - Szukacie metamorfomaga. Zmieniał swój wygląd bez różdżki i eliksirów. W szerokim zakresie. Ostatnio był prawdopodobnie szatynem, koło metr osiemdziesiąt wzrostu, o ciemnych oczach, z zarostem.
To przy okazji wyjaśniało, dlaczego aurorzy nie mogli go dorwać przez tyle miesięcy. I nie zdołali nawet ustalić, jak dokładnie wyglądał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.