07.04.2023, 18:34 ✶
Creswell żył bez fałszu. Niepodobnym do niego było ukrywanie takich emocji, nie zamierzał tego robić. Wręcz przeciwnie, paliło go aż w gardło na myśl, jak bardzo chciał jej o tym wszystkim opowiedzieć. Wielokrotnie układał to sobie w głowie – słowo za słowem, jego pewnie niewiele różniąca się od jej opinia na temat tego, że według czarodziejów czytających o Lordzie Voldemorcie, w Londynie „nastał czas ciemności”.
Ale chyba nawet najlepsze plany miały swoje wady. W tym przypadku były to emocje. Znała go za dobrze, wyczuła to wszystko od razu, szybciej nawet niż spalone ziemniaki, bo tak – był człowiekiem zdolnym do przypalenia gotujących się ziemniaków. Jego mina momentalnie spochmurniała, bo nie tak sobie to wszystko zaplanował – miał mówić, mówić i mówić, a teraz nie mówił wcale, tylko zatrzymywał tabun łez próbujących przebić mu się do oczu. Bezskutecznie. Nie popłakał się co prawda i raczej dobrze, że tego nie zrobił, ale te oczy szybko mu się zeszkliły. Złapał ją za rękę, delikatnie, ale znacząco – to nie był jakiś taki sobie dotyk, to był dotyk kogoś szukającego w bliskości ukojenia nerwów.
- Dzisiaj w Kotle znowu nasłuchałem się o tym, że…
Urwał na moment, prowadząc ich oboje na kanapę. Usiadł na niej, nie puszczając ani Cecily, ani opakowania pączków.
- No o tym, że Voldemort szuka swoich popleczników i ja… Wiesz, to nie jest tak, że pamiętam czasy naszej wojny, znaczy się wojny niemagów, ale dotarło do mnie, że to, co dzieje się u was, u nas… U nas było jedną, wielką katastrofą, Cecily. To przyniosło nam zgubienie, o którym nie wyczytałem nic w żadnej z książek pisanych przez magów, ale we mnie to żyje i z bólem przyznaję, że – przełknął głośno ślinę – chyba zacząłem się bać.
Ale chyba nawet najlepsze plany miały swoje wady. W tym przypadku były to emocje. Znała go za dobrze, wyczuła to wszystko od razu, szybciej nawet niż spalone ziemniaki, bo tak – był człowiekiem zdolnym do przypalenia gotujących się ziemniaków. Jego mina momentalnie spochmurniała, bo nie tak sobie to wszystko zaplanował – miał mówić, mówić i mówić, a teraz nie mówił wcale, tylko zatrzymywał tabun łez próbujących przebić mu się do oczu. Bezskutecznie. Nie popłakał się co prawda i raczej dobrze, że tego nie zrobił, ale te oczy szybko mu się zeszkliły. Złapał ją za rękę, delikatnie, ale znacząco – to nie był jakiś taki sobie dotyk, to był dotyk kogoś szukającego w bliskości ukojenia nerwów.
- Dzisiaj w Kotle znowu nasłuchałem się o tym, że…
Urwał na moment, prowadząc ich oboje na kanapę. Usiadł na niej, nie puszczając ani Cecily, ani opakowania pączków.
- No o tym, że Voldemort szuka swoich popleczników i ja… Wiesz, to nie jest tak, że pamiętam czasy naszej wojny, znaczy się wojny niemagów, ale dotarło do mnie, że to, co dzieje się u was, u nas… U nas było jedną, wielką katastrofą, Cecily. To przyniosło nam zgubienie, o którym nie wyczytałem nic w żadnej z książek pisanych przez magów, ale we mnie to żyje i z bólem przyznaję, że – przełknął głośno ślinę – chyba zacząłem się bać.