07.04.2023, 23:56 ✶
Kiedy tylko William przeszedł przez próg kamiennego domku, drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem. Ghul drgnął na ten dźwięk. Zmarszczył ciemne brwi, wyraźnie unikając wzroku obydwu mężczyzn.
- M-moja żona – wydusił z siebie cicho, z wyraźnym wstydem rysującym się w jego głosie. – To… - uniósł rękę, jakby chciał wskazać na swój łańcuch albo może jednak nie na niego a na własną sylwetkę lub nawet na te drzwi wejściowe. – To wszystko zrobiła moja żona.
Mimo tego co powiedział i tego kim był, i w jakiej sytuacji go znaleźli, wnętrze domu wyglądało na przytulne. Biedne, z pewnością dużo biedniejsze niż te, do których nawykł i Perseus, i William, ale zadbane. Podłoga była czysta, na ścianach brakowało pajęczyn, rama lustra wiszącego przy wejściu lśniła czystością. To tylko Grimes na tym tle wyglądał żałośnie niepasująco, przygarbiony i zmęczony nie - życiem, które przyszło mu wieść.
Ghul uniósł ciemne spojrzenie na Lestrange’a. Patrzył na niego pozbawionym wiedzy spojrzeniem. Nie miał bladego pojęcia czemu ocknęli się akurat na tym konkretnym podwórzu. Od dawna tkwił w środku tej kamiennej chaty, dni zlewały mu się w jedno i niewiele wiedział o tym, co działo się na zewnątrz. Ta noc, noc Beltane, tym tylko różniła się od pozostałych, że jego żona wyszła z domu by tańczyć przy ognisku. I tak, przez chwilę zerwała się wielka wichura, ale jego nie niepokoiła, bo siedział bezpiecznie skryty we wnętrzu prywatnego więzienia.
- R-rzuciła zaklęcie bym nie mógł stąd wyjść. Nie powinno, chyba, zadziałać na p-ptaki – powiedział powoli. – J-jeszcze rano je słyszałem. T-ten łańcuch t-to tak d-dodatkowo. Wie, gdzie jestem. Wie, gdzie nie dojdę. T-to ułatwia kontrolę – znowu umilkł.
I przez chwilę mogło się wydawać, że zupełnie zignorował istotę pytania Perseusa, kilka sekund później brutalnie wyłożoną przez Williama. Ale to nie niechęć do odpowiedzi sprawiła, że milczał, ale wstyd?
- C-chciałem ją porzucić. Poznałem kogoś. I-inną k-kobietę – przyznał się. – Zakochałem się. Chciałem r-rozwodu. O-ona nie. Powiedziała… p-powiedziała, że musimy porozmawiać, zwabiła nas t-tutaj. A p-potem… - znowu wskazał na siebie. A potem skończył jako ghul. Przywiązany do domu, w którym umarł, do kobiety, której składał przysięgę i którą zechciał nieroztropnie porzucić. – Ja… j-ja nie chcę tak istnieć. T-to nie ma sensu – A w jego ciemnych, smutnych zabrzmiała i głębsza, bardziej osobista, intymna prośba: Czy moglibyście mnie zabić? Ale jeszcze nie miał odwagi by wypowiedzieć ją na głos.
- M-moja żona – wydusił z siebie cicho, z wyraźnym wstydem rysującym się w jego głosie. – To… - uniósł rękę, jakby chciał wskazać na swój łańcuch albo może jednak nie na niego a na własną sylwetkę lub nawet na te drzwi wejściowe. – To wszystko zrobiła moja żona.
Mimo tego co powiedział i tego kim był, i w jakiej sytuacji go znaleźli, wnętrze domu wyglądało na przytulne. Biedne, z pewnością dużo biedniejsze niż te, do których nawykł i Perseus, i William, ale zadbane. Podłoga była czysta, na ścianach brakowało pajęczyn, rama lustra wiszącego przy wejściu lśniła czystością. To tylko Grimes na tym tle wyglądał żałośnie niepasująco, przygarbiony i zmęczony nie - życiem, które przyszło mu wieść.
Ghul uniósł ciemne spojrzenie na Lestrange’a. Patrzył na niego pozbawionym wiedzy spojrzeniem. Nie miał bladego pojęcia czemu ocknęli się akurat na tym konkretnym podwórzu. Od dawna tkwił w środku tej kamiennej chaty, dni zlewały mu się w jedno i niewiele wiedział o tym, co działo się na zewnątrz. Ta noc, noc Beltane, tym tylko różniła się od pozostałych, że jego żona wyszła z domu by tańczyć przy ognisku. I tak, przez chwilę zerwała się wielka wichura, ale jego nie niepokoiła, bo siedział bezpiecznie skryty we wnętrzu prywatnego więzienia.
- R-rzuciła zaklęcie bym nie mógł stąd wyjść. Nie powinno, chyba, zadziałać na p-ptaki – powiedział powoli. – J-jeszcze rano je słyszałem. T-ten łańcuch t-to tak d-dodatkowo. Wie, gdzie jestem. Wie, gdzie nie dojdę. T-to ułatwia kontrolę – znowu umilkł.
I przez chwilę mogło się wydawać, że zupełnie zignorował istotę pytania Perseusa, kilka sekund później brutalnie wyłożoną przez Williama. Ale to nie niechęć do odpowiedzi sprawiła, że milczał, ale wstyd?
- C-chciałem ją porzucić. Poznałem kogoś. I-inną k-kobietę – przyznał się. – Zakochałem się. Chciałem r-rozwodu. O-ona nie. Powiedziała… p-powiedziała, że musimy porozmawiać, zwabiła nas t-tutaj. A p-potem… - znowu wskazał na siebie. A potem skończył jako ghul. Przywiązany do domu, w którym umarł, do kobiety, której składał przysięgę i którą zechciał nieroztropnie porzucić. – Ja… j-ja nie chcę tak istnieć. T-to nie ma sensu – A w jego ciemnych, smutnych zabrzmiała i głębsza, bardziej osobista, intymna prośba: Czy moglibyście mnie zabić? Ale jeszcze nie miał odwagi by wypowiedzieć ją na głos.