Wprawdzie od ostatniej większej potyczki słownej z Eden minęło już sporo czasu, tak odczucia towarzyszące owej wymianie zdań, dalej rozbrzmiewały w Eriku, ilekroć wracał myślami do tego spotkania. Znając życie, kobieta rozwinęła się pod tym względem do tego stopnia, że ciężko by było za nią dogonić. Z Elliottem pewnie sobie radził przez to, że był to dosyć luźny i niezbyt formalny wieczór.
— Dla samolubnego rozwoju jednego z moich hobby? Nie miałbym nic przeciwko. Byłoby to nadzwyczaj staromodne, ale odrobina klasyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. — Czarodziejscy rzemieślnicy potrafili wytworzyć istne cuda w swoich warsztatach, więc na pewno mogliby wymyślić jakieś ostrze, które można by było łatwo transportować. Tak, żeby nie wyglądało, jakby zatrzymali się w rozwoju parę dobrych wieków temu. — Z twoim nazwiskiem dołączenie do Srebrnych Różdżek byłoby pewnie formalnością. — W jego oczach zagościł lekki błysk. Najznamienitsi członkowie organizacji zapewne bez większego, ale przyjęliby w swoje szeregi kogoś z arystokratycznego rodu. To dobrze działało na renomę. A gdyby Elliott faktycznie odbyłby parę pojedynków i jeszcze je wygrał... Mógłby być przez jakiś czas na ustach innych członków. — Może warto odkurzyć stare podręczniki do OPCM?
Uśmiechnął się półgębkiem. Bądź co bądź, to właśnie na tych zajęciach nauczano podstawowych, a przy tym najbardziej przydatnych zaklęć. Poziom skomplikowania pewnych inkantacji potrafił zaskakiwać, jednak prostota potrafiła odegrać równie kluczową rolę. O ile wiedziało się, jak ją dostosować do określonych okoliczności.
— Od razu gratis. — Przewrócił wymownie oczami. — Kto wie, może tak naprawdę chce po prostu wyciągnąć od ciebie dodatkowe fundusze. No nie wiem, na przykład na „restrukturyzację zabytkowych wiejskich sadów w Dolinie Godryka”.
Wymyślił to na poczekaniu, ale biorąc pod uwagę sporą zawartość alkoholu we krwi, był nadzwyczaj zadowolony z tego, że udało mu się bezbłędnie wypowiedzieć słowo „restrukturyzacja”. Na kolejne słowa Elliotta oblał się rumieńcem, przez dłuższą chwilę myśląc nad tym, co na to odpowiedzieć.
— Nie mamy takowych na stanie — odparł w końcu średnio zręcznie. — Aczkolwiek, gdy zyskujesz poparcie większości lokatorów, przysługuje ci nieodpłatne zajęcie jednego z pokojów. Bardzo łatwo nas przekupić. Wystarczy powiedzieć, że „nie masz gdzie spać” albo podsunąć nam pudełko pączków.
— Ofiara okoliczności. Albo autora. Zależy jak na to spojrzeć — stwierdził w zamyśleniu. — To na swój sposób dobrze. To chyba znaczy, że ci zależy. — Uciekł wzrokiem w bok. — Apatia byłaby nieco... martwiąca.
Gdyby Erik znał sentymenty Malfoyów, pewnie mógłby je po części rozwiać. Potrafił jednak na swój sposób zrozumieć, czemu niektóre rodziny mogłyby postrzegać interakcje z mugolakami czy niemagicznymi jako coś niebezpiecznego. Nie każdy przestrzegał norm bezpieczeństwa, nie każdy dbał o zaklęcia antymugolskie. Niektórzy, zwłaszcza ci, co rzadko kiedy wyściubiali nos poza Pokątną, po prostu zapominali. A jednak rzucanie zaklęć w niemagicznych dzielnicach mogło przyciągnąć niechcianą uwagę lub wręcz agresję ze strony mugoli. Ludzie byli różni i trudno było przewidzieć, jak mogli zareagować na tak niestandardowe dla ich świata fenomeny.
Obdarzył Elliota zagadkowym spojrzeniem, a cień, który przetoczył się przez jego twarz, mógł sugerować, że niekoniecznie przypadła mu do gustu zasłyszana odpowiedź. Po chwili się jednak rozpogodził.
— Nie byłbym tego taki pewny — odparł, ponownie sięgając po wino. — Żyjemy obok siebie od setek lat. Może w starożytności czy średniowieczu mieliśmy przewagę, ale nie nazwałbym tego świata, tylko i wyłącznie naszym. Dzielimy go, czy to nam się podoba, czy nie. — Przywarł plecami do oparcia fotelu, jednak po chwili znowu się nachylił nad planszą. — Gdybyśmy faktycznie mieli tak dużo przewagę, to nasze oficjalne terytorium nie ograniczałoby się do kilku ulic i paru wiosek rozsianych po kraju. — Westchnął cicho. — W pewnym momencie poszliśmy na ustępstwa w imię spokoju i bezpieczeństwa.
W kompletnym oderwaniu od politycznych niesnasek czarodziejów i czarownic i problemów społecznych idea w pełni magicznego miasta była czymś zniewalającym. Nawet Erik musiał to przyznać. Ostało się kilka miejsc pielęgnowanych przez sabat, gdzie żywa magia dalej krążyła bez większych blokad. Jak chociażby polana w Kniei Godryka, o ile dobrze kojarzył. Ktoś, kto wychował się w pełni magicznej rodzinie, gdzie był przyzwyczajony do czarów od urodzenia, sama myśl o bezproblemowej teleportacji do centrum Londynu bez ryzyka wykrycia, czy widoku setek mioteł na niebie w środku dnia, sprawiała, że usta wyginały się w uśmiechu. Nie sięgnąłbym jednak po to za wszelką cenę, pomyślał trzeźwo. Może Śmierciożercom przyświecały podobne idee, ale były wypaczone nienawiścią do wszystkiego, co było inne.
— Naprawdę? — Uniósł pytająco brew, jakby sam nie do końca w to wierzył. Podrapał się za uchem, przygładzając kilka kosmyków włosów. — Chyba naturalnie to podłapałem. Mam przyjaciół w różnych kręgach, niektórych jeszcze ze szkoły, więc siłą rzeczy coś tam w głowie zostało. Dodać do tego jeszcze Brennę, wypady do mugolskiej dzielnicy i... Tyle. — Rozłożył ręce. Jak inaczej mógł to wytłumaczyć?
Owszem, sięgał po mugolską literaturę i wiedział co nieco o ich kulturze, jednak w lwiej większości przypadków zazwyczaj był po prostu ofiarą zainteresowań osób z jego otoczenia. Rozmowy w dormitorium z Thomasem, kiedy zasypywał go na pozór prostymi informacji z dziedziny magicznego sportu? Wypady do klubu podróżniczego, gdzie ludzie próbowali opchnąć czarodziejom niemagiczne przedmioty codziennego użytku, żeby wzbogacić się na ich niewiedzy? Rozległa biblioteka Brenny? Praca? Bądź co bądź, nie wszyscy czarodzieje mieszkali na Horyzontalnej czy Pokątnej. Czasami trzeba było się pofatygować poza granice magicznego Londynu. Gdzie nie bywał, tam w jakimś stopniu pojawiały się elementy kultury mugoli.
— Wątpię. Nic nie jest jeszcze przesądzone — potwierdził bez ogródek, wodząc palcem po krawędzi szachownicy. — Liczę, że się zdradzisz i będę mógł podpatrzeć kilka taktyk. — Uśmiechnął się pod nosem, jakby był antagonistą, który właśnie wyjawił głównemu bohaterowi swój niegodziwy plan. — Pewnie przynajmniej kilka z nich można by przenieść na korytarze Ministerstwa Magii.
Pojedynek na figury pod pewnymi względami nie różnił się wcale od tych z prawdziwego życia. Nie mogli dumać godzinami nad każdym ruchem, gdyż zaburzyłoby to samo tempo rozgrywki. To z kolei sprawiało, że musieli kierować się instynktem; kogo poświęcić, kogo oszczędzić, jak sprowokować przeciwnika, a kiedy wzbudzić w nim autentyczny strach przed jakimkolwiek ruchem. Sekwencja tych zdarzeń mogła wiele powiedzieć o człowieku.
Erik przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając się z lekkim uśmiechem Elliotowi. Czy oczekiwał za dużo, biorąc pod uwagę stan upojenia przyjaciela? Możliwe, chociaż skoro jeszcze nie zapadł w sen w objęciach fotela, to kto wie, może był bardziej przytomny, niż mu się wydawało? Zmarszczył brwi na widok pierwszego ruchu blondyna. Nie było to najbardziej oczywiste zagranie, ale może próbował go zmylić?
— Skoro ty tak, to ja tak — poinformował, przesuwając piona na inną pozycję. Figura podrapała się po głowie, rozglądając się na prawo i lewo, jakby nie mogła doczekać się prawdziwej akcji.
Sukces!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞