08.04.2023, 01:18 ✶
Tego dnia Steward również nie wyglądał jak auror, ale w jego przypadku nie było o niczym szczególnym. Lubił wygodne, mugolskie ubrania. Czuł się w nich doskonale, pozwalały mu wtopić się w zwykły, szary tłum a później, dużo później stanąć na jego obrzeżu i obserwować mijanych ludzi. Szedł obok Mavelle i Brenny, wyglądając jak człowiek, który nie poświęcał się w życiu zbyt wielu myślom. Z uwagi na porę roku miał już nieco rozpiętą kraciastą koszulę pod szyją i podtoczone rękawy. Od biedy można go było wziąć albo za zwykłego czarodzieja, który wybrał sobie akurat tę niespecjalnie przyjemną wieś na spacer albo za zwykłego mugola, który przypadkiem się tu zaplątał. W jednym i w drugim wypadku wyglądał raczej niegroźnie. I na tyle mało charakterystycznie, że łatwo było mu później ulecieć z pamięci kogoś, kto na niego przypadkiem spojrzał.
Ale wbrew temu jak wyglądał, myśli miał raczej nieszczególnie wesołe. Nocami, co prawda, nie śnił o mętnej wodzie sadzawki i wypływających z niej trupach, ale i on sporo myślał o tej sprawie. Nie, nie po to by zastanawiać się nad celem wariata – czarodzieja, który zdecydował się zabijać by więzić w kryształowej czaszce dusze. Jego cel już zdążył poznać a było nim osiągnięcie większej potęgi. Myślał, bo zastanawiał się nad tym, do czego ten człowiek był jeszcze zdolny. I tak, gdyby Stewardowi przyszło go samemu złapać, po niezbyt przyjemnym przesłuchaniu, pewnie zacząłby się głębiej zastanawiać, czy był jakikolwiek warunek łagodzący w postepowaniu starca - wariata, którzy obligowałby go, Patricka Stewarda, do wysłania mężczyzny do Azkabanu. Według Patricka bywały takie zbrodnie, których się nie wybaczało. A on sam nie potrafił ani wybaczyć, ani zrozumieć człowieka, który zdecydował się na zamordowanie kilku osób.
Idąc przez Little Hangleton rozglądał się ukradkiem, zawsze miedzy jednym a drugim rzucanym spojrzeniem, koncentrując się na rzuceniu czegoś w stronę Mavelle lub Brenny. Nie były to przesadnie inteligentne uwagi, ale też nie miały takie być. Pozwalały po prostu im wszystkim, bez tłumaczenia się postronnym, spojrzeć w jakąś stronę lub skupić uwagę na jakimś przechodniu.
- To zależy – odpowiedział. – Macie tu jakichś znajomych lub rodzinę? Coś co z jednej strony by was demaskowało a z drugiej usprawiedliwiało wałęsanie się po okolicy? – zainteresował się. – Mavelle ma rację. Oddzielnie przeczeszemy większy teren, ale idąc razem, jeśli trafimy na trop, łatwiej nam będzie skoordynować działania. – A gdyby mieli tyle (nie)fartu by toczyć walkę, łatwiej byłoby im toczyć ją we trójkę niż w pojedynkę. – Ale to ty podejmujesz tu decyzję Brenno. Ja bym się pewnie pokręcił po okolicy w pojedynką a potem spotkał w umówionym miejscu o konkretnej godzinie. Sprawdził tropy i skierował się na poszukiwania już razem. Mimo wszystko Little Hangleton nie jest przesadnie wielkie.
Ale wbrew temu jak wyglądał, myśli miał raczej nieszczególnie wesołe. Nocami, co prawda, nie śnił o mętnej wodzie sadzawki i wypływających z niej trupach, ale i on sporo myślał o tej sprawie. Nie, nie po to by zastanawiać się nad celem wariata – czarodzieja, który zdecydował się zabijać by więzić w kryształowej czaszce dusze. Jego cel już zdążył poznać a było nim osiągnięcie większej potęgi. Myślał, bo zastanawiał się nad tym, do czego ten człowiek był jeszcze zdolny. I tak, gdyby Stewardowi przyszło go samemu złapać, po niezbyt przyjemnym przesłuchaniu, pewnie zacząłby się głębiej zastanawiać, czy był jakikolwiek warunek łagodzący w postepowaniu starca - wariata, którzy obligowałby go, Patricka Stewarda, do wysłania mężczyzny do Azkabanu. Według Patricka bywały takie zbrodnie, których się nie wybaczało. A on sam nie potrafił ani wybaczyć, ani zrozumieć człowieka, który zdecydował się na zamordowanie kilku osób.
Idąc przez Little Hangleton rozglądał się ukradkiem, zawsze miedzy jednym a drugim rzucanym spojrzeniem, koncentrując się na rzuceniu czegoś w stronę Mavelle lub Brenny. Nie były to przesadnie inteligentne uwagi, ale też nie miały takie być. Pozwalały po prostu im wszystkim, bez tłumaczenia się postronnym, spojrzeć w jakąś stronę lub skupić uwagę na jakimś przechodniu.
- To zależy – odpowiedział. – Macie tu jakichś znajomych lub rodzinę? Coś co z jednej strony by was demaskowało a z drugiej usprawiedliwiało wałęsanie się po okolicy? – zainteresował się. – Mavelle ma rację. Oddzielnie przeczeszemy większy teren, ale idąc razem, jeśli trafimy na trop, łatwiej nam będzie skoordynować działania. – A gdyby mieli tyle (nie)fartu by toczyć walkę, łatwiej byłoby im toczyć ją we trójkę niż w pojedynkę. – Ale to ty podejmujesz tu decyzję Brenno. Ja bym się pewnie pokręcił po okolicy w pojedynką a potem spotkał w umówionym miejscu o konkretnej godzinie. Sprawdził tropy i skierował się na poszukiwania już razem. Mimo wszystko Little Hangleton nie jest przesadnie wielkie.