27.10.2022, 20:42 ✶
O ile była w stanie zrozumieć jego nieposkromioną potrzebę postawienia na swoim, chciałaby, żeby Elliott w końcu zrozumiał, że póki jego najgłośniejszym doradcą będzie impulsywność w duecie z emocjami, nie dojdzie nigdzie. Sytuacja dzisiejszego wieczoru tym bardziej utwierdziła Eden w przekonaniu, że brata trzeba prowadzić za rękę, bo zamiast wziąć się za siebie wreszcie, wciąż ugania się za wyśnioną akceptacją. Przecież jego siostra akceptowała takim, jakim jest - naiwnym dzieciakiem w skórze dorosłego gentlemana, który bardzo chciałby jednocześnie dorosnąć i zachować szkolne marzenia o miłości i utopii, a ciężko jest mieć ciastko i zjeść ciastko. Eden nie miała innego wyboru niż brać go takim, jakim jest, znosić te poronione pomysły i stawiać za kołnierz do pionu, żeby w końcu przejrzał na oczy i wsparł się prawdziwą logiką. Było już nieco za późno, żeby poprawnie go wychować.
I doskonale wiedziała, że ma rację. Nawet jeśli nie przyznałby się do tego na łożu śmierci.
- Nie wiesz, jak to jest - przedrzeźniła go, wykrzywiając twarz w głupiej minie i bujając przy tym tułowiem, uznając jego stwierdzenie za niedorzeczne. Tak, no przecież tylko jemu takie straszne rzeczy się przydarzają, tylko on ma nieudane małżeństwo (lub raczej miał), tylko on publicznie nie może być tym, kim naprawdę jest, tylko on ma problemy. Aż szkoda śliny było marnować na taki przypadek zaślepienia własnym czubkiem nosa. - Weź się już nie kompromituj, starczy nam żenady na jeden wieczór - skwitowała ostro, czując, jak żółć jej się cofa do gardła. Eden wyraźnie nie była zadowolona, ale tylko bogowie wiedzieli, czy była to tylko i wyłącznie kwestia zachowania Elliotta, czy to, że sama miała w życiu równie kolorowo co on i teraz niebotycznie zaczęło ją ta irytować. Chyba żadne z nich nie zdawało sobie w pełni sprawy z tego, jak bardzo podobne, wręcz paralelne losy obydwoje wiodą.
O ile samodzielne zrobienie herbaty jej nie przerastało i nawet z czasem przestało irytować, tak przygotowanie pokoju gościnnego w pojedynkę o tak późnej godzinie nie wchodziło w grę. Przegrała batalię ze swoim mężem na temat skrzatów domowych, nie mając ani siły, ani czasu się kłócić całymi dniami, bo pieniądze na drzewach nie rosną i ktoś w tym domu musi je zarabiać. Pozwoliła więc, żeby się ich pozbyli, ale tylko pod warunkiem zatrudnienia normalnej służby. Więc owszem, mieli gosposię, ale Eden nie chciała, by z nimi mieszkała - Lestrange była bardzo prywatną osobą i nie życzyła sobie, by ktoś obcy pod jej nieobecność robił w jej domu, co się mu żywnie podoba. Nie mogła liczyć przecież, że William dopilnuje, by nie wciskała nosa tam, gdzie nie powinna, bo w tym celu musiałby czasem wychodzić ze swojej piwnicy i ogarniać, na jakiej planecie się znajduje. Toteż o tej porze była zdana sama na siebie.
Słysząc pytanie, czy wszystko w porządku, uniosła nieco brwi w zdziwieniu i spojrzała bratu prosto w oczy. Nie była pewna, czy bardziej zaskoczyło ją to pytanie wybrzmiewające na głos z jego ust, czy fakt, że go to właściwie interesowało. Uśmiechnęła się wtedy łagodnie, cholera wie, z jakiej przyczyny. Zanim zdecydowała się na odpowiedź, odkorkowała napoczęte wino i nalała sobie pół filiżanki.
- Właśnie mam zamiar wypić brzoskwiniowy lillet, warty 250 galeonów za butelkę, z filiżanki na herbatę. I to tuż przed północą w poniedziałek. Jak mniemam, twoje pytanie o moje samopoczucie było czysto retoryczne? - odbiła piłeczkę, odwracając się ponownie w kierunku brata i nonszalancko ruszając w kierunku swojego łóżka. Srebrzysty szlafrok zsunął się z prawej strony, obnażając chude ramię, a zmęczone oczy skupiły się na brzegu filiżanki, gdy przyłożyła doń usta i upiła łyk alkoholu.
- Nie śpimy razem od roku. To już stare wieści - wyznała wreszcie, opadając z ciężkością na łóżko. Uśmiechnęła się przelotnie, acz bardzo smutno. Wyraźnie była niezadowolona z takiego obrotu spraw, ale jednocześnie pogodzona z nim. Tak jak wspomniał, to małżeństwo było aranżowane. Czasem dwóch obcych ludzi po prostu pozostaje sobie obcymi, bez względu na to, czy rodzice złapią ich za włosy i zmuszą do pocałunku na ślubnym kobiercu, czy nie.
Gdy opróżniła zawartość filiżanki, odstawiła ją na szafkę nocną stojącą tuż przy łóżku, po czym uderzyła plecami o pościel. Nogi wciąż trzymała na ziemi, ale ramiona rozłożyła na boki, gapiąc się w sufit i znajdujące się na nim ozdobne kasetony. Poczuła się dziwnie, jakby te stare wieści były wciąż świeże i nadal nieco bolały, gdy się ich dotknie. Teraz to były bardziej ukłucia żalu, jednak sprowadziły do głowy Eden ponure myśli, które musiała odpędzić innym tematem, żeby nie zacząć się nad sobą użalać. Nie miała zamiaru robić tego przy Elliocie.
- A więc jak, gdzie chcesz się położyć? - zapytała, jawnie chcąc zmienić temat. Chcąc zapomnieć o Williamie, tak samo jak on zapomniał o niej.
I doskonale wiedziała, że ma rację. Nawet jeśli nie przyznałby się do tego na łożu śmierci.
- Nie wiesz, jak to jest - przedrzeźniła go, wykrzywiając twarz w głupiej minie i bujając przy tym tułowiem, uznając jego stwierdzenie za niedorzeczne. Tak, no przecież tylko jemu takie straszne rzeczy się przydarzają, tylko on ma nieudane małżeństwo (lub raczej miał), tylko on publicznie nie może być tym, kim naprawdę jest, tylko on ma problemy. Aż szkoda śliny było marnować na taki przypadek zaślepienia własnym czubkiem nosa. - Weź się już nie kompromituj, starczy nam żenady na jeden wieczór - skwitowała ostro, czując, jak żółć jej się cofa do gardła. Eden wyraźnie nie była zadowolona, ale tylko bogowie wiedzieli, czy była to tylko i wyłącznie kwestia zachowania Elliotta, czy to, że sama miała w życiu równie kolorowo co on i teraz niebotycznie zaczęło ją ta irytować. Chyba żadne z nich nie zdawało sobie w pełni sprawy z tego, jak bardzo podobne, wręcz paralelne losy obydwoje wiodą.
O ile samodzielne zrobienie herbaty jej nie przerastało i nawet z czasem przestało irytować, tak przygotowanie pokoju gościnnego w pojedynkę o tak późnej godzinie nie wchodziło w grę. Przegrała batalię ze swoim mężem na temat skrzatów domowych, nie mając ani siły, ani czasu się kłócić całymi dniami, bo pieniądze na drzewach nie rosną i ktoś w tym domu musi je zarabiać. Pozwoliła więc, żeby się ich pozbyli, ale tylko pod warunkiem zatrudnienia normalnej służby. Więc owszem, mieli gosposię, ale Eden nie chciała, by z nimi mieszkała - Lestrange była bardzo prywatną osobą i nie życzyła sobie, by ktoś obcy pod jej nieobecność robił w jej domu, co się mu żywnie podoba. Nie mogła liczyć przecież, że William dopilnuje, by nie wciskała nosa tam, gdzie nie powinna, bo w tym celu musiałby czasem wychodzić ze swojej piwnicy i ogarniać, na jakiej planecie się znajduje. Toteż o tej porze była zdana sama na siebie.
Słysząc pytanie, czy wszystko w porządku, uniosła nieco brwi w zdziwieniu i spojrzała bratu prosto w oczy. Nie była pewna, czy bardziej zaskoczyło ją to pytanie wybrzmiewające na głos z jego ust, czy fakt, że go to właściwie interesowało. Uśmiechnęła się wtedy łagodnie, cholera wie, z jakiej przyczyny. Zanim zdecydowała się na odpowiedź, odkorkowała napoczęte wino i nalała sobie pół filiżanki.
- Właśnie mam zamiar wypić brzoskwiniowy lillet, warty 250 galeonów za butelkę, z filiżanki na herbatę. I to tuż przed północą w poniedziałek. Jak mniemam, twoje pytanie o moje samopoczucie było czysto retoryczne? - odbiła piłeczkę, odwracając się ponownie w kierunku brata i nonszalancko ruszając w kierunku swojego łóżka. Srebrzysty szlafrok zsunął się z prawej strony, obnażając chude ramię, a zmęczone oczy skupiły się na brzegu filiżanki, gdy przyłożyła doń usta i upiła łyk alkoholu.
- Nie śpimy razem od roku. To już stare wieści - wyznała wreszcie, opadając z ciężkością na łóżko. Uśmiechnęła się przelotnie, acz bardzo smutno. Wyraźnie była niezadowolona z takiego obrotu spraw, ale jednocześnie pogodzona z nim. Tak jak wspomniał, to małżeństwo było aranżowane. Czasem dwóch obcych ludzi po prostu pozostaje sobie obcymi, bez względu na to, czy rodzice złapią ich za włosy i zmuszą do pocałunku na ślubnym kobiercu, czy nie.
Gdy opróżniła zawartość filiżanki, odstawiła ją na szafkę nocną stojącą tuż przy łóżku, po czym uderzyła plecami o pościel. Nogi wciąż trzymała na ziemi, ale ramiona rozłożyła na boki, gapiąc się w sufit i znajdujące się na nim ozdobne kasetony. Poczuła się dziwnie, jakby te stare wieści były wciąż świeże i nadal nieco bolały, gdy się ich dotknie. Teraz to były bardziej ukłucia żalu, jednak sprowadziły do głowy Eden ponure myśli, które musiała odpędzić innym tematem, żeby nie zacząć się nad sobą użalać. Nie miała zamiaru robić tego przy Elliocie.
- A więc jak, gdzie chcesz się położyć? - zapytała, jawnie chcąc zmienić temat. Chcąc zapomnieć o Williamie, tak samo jak on zapomniał o niej.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~