09.04.2023, 00:20 ✶
Nie chciała się z nim kłócić, nie o coś tak błahego. Nobby Leach obchodził ją tyle, co zeszłoroczny śnieg, a więc nie mogła zrozumieć, jak mógł się stać kością niezgody leżącą pomiędzy nimi w tej chwili.
Nie chciała dawać obecnemu Ministrowi żadnych szans. Nie była altruistką, nie zależało jej na graniu fair. Jedyna wartość, jaką kierowała się w ocenie człowieka było to, jak wiele mógł przynieść jej korzyści. Póki co jedynie przysporzył jej samych zmartwień, naruszając święty status quo, zamieniając jej ojca w zgrzędliwego choleryka, a także pozbawiając ją wygodnego statusu córki najważniejszego człowieka po tej stronie Pokątnej. Nie wspominając już, że swoim jestestwem doprowadził do kłótni pomiędzy nią a Alastorem.
Jeśli chodziło o Eden, Nobby Leach równie dobrze mógł gryźć piach.
Niemniej, w przeciwieństwie do Moody'ego, nie zdecydowała się stawać w obronie własnych wartości na głos. Po pierwsze dlatego, że zbyt wiele razy ugryzła się dziś w język i obawiała się, że zgromadzona w ten sposób krew w jej ustach poplamiłaby jej ubrania, gdyby nagle je otworzyła. Po drugie doskonale zdawała sobie sprawę, że te wartości nawet nie należą do niej. Były spadkiem po ojcu, który otrzymał je od swojego ojca, a ten od swojego. Światopoglądowe perpetuum mobile było ich skarbem rodowym. To rodzinne brzemię, którego nikt od wieków nie ośmielił się zrzucić z bark. Czemu miała stawać w obronie czegoś, pod czym nie mogła się podpisać? Czemu miała toczyć walkę w wojnie, której nawet nie rozpoczęła?
Po trzecie - lata doświadczeń nauczyły Eden, by nie wchodzić w słowo rozgoryczonym mężczyznom. To nie był pierwszy, ani zdecydowanie ostatni raz, kiedy ktoś podnosił na nią głos przy stole, bo postanowiła wygłosić swoją opinię. Nie po raz pierwszy patrzyła pustym spojrzeniem w czyjąś wygiętą w złości twarz, bezowocnie próbując wytłumić karcące słowa skierowane w jej kierunku. Z autopsji wiedziała, że nieważne, co w tym momencie powie, nie zmieni tym faktu, że powiedziała coś, co mu się nie spodobało. Nie zmieni jego niezadowolenia, nie sprawi, że będzie mniej zawiedziony.
Upiła łyk kawy w milczeniu.
Zawisła między nimi grobowa cisza, której nie raczyła zabić słowami. Przerwał ją jedynie szelest gazety, którą złożyła równiutko, przesunęła na bok, a następnie w jej miejsce przełożyła talerzyk z rogalikiem, którego właśnie miała zamiar dokończyć.
Posłała Alastorowi badawcze spojrzenie, jakby niemo chciała zapytać "skończyłeś już?". Wcześniej czuła wyrzuty sumienia związane ze swoim niewłaściwym doborem słów, jednak wyzbyła się wszystkich, gdy usłyszała stek niepochlebnych epitetów na temat osób czystej krwi. Podobno dyskryminacja na tle czystości krwi jest nieprzyzwoita, niby stereotypy są krzywdzące, ale jego uprzedzenie przemawiało przez niego jak alfabet Braille'a. Dało się od ręki wyczuć, że wcale nie był lepszy, po prostu znalazł się po przeciwnej stronie barykady.
- Szerokiej drogi - powiedziała wreszcie, kiedy oświadczył, że wyjdzie zapalić. Poczekała, aż odniesie naczynia, lecz ona już po sobie nie posprzątała, kiedy mozolnie skończyła jeść. Nie spieszyła się, dając mu czas na pobicie się z własnymi myślami. Szczerze liczyła, że dostanie wpierdol.
Wyszła wreszcie z kawiarni. Z marynarką zarzuconą na ramiona oraz tym nieszczęsnym ciasteczkiem w ręce.
- Zapomniałeś je zabrać, kasjerka była niepocieszona - oświadczyła beznamiętnie, wciskając mu wypiek, czy tego chciał czy nie. - A teraz chodźmy już, bo wciąż mamy robotę do skończenia, a ja nie chcę spóźnić się na comiesięczne ruchanie kuzynów - dodała z goryczą w głosie, lecz twarz miała niewzruszoną. Założyła ramiona na piersi i ruszyła przed siebie, licząc, że Moody ją dogoni. Albo i nie. Im szybciej opuści dzisiaj jego towarzystwo, tym najwyraźniej lepiej.
Nie chciała dawać obecnemu Ministrowi żadnych szans. Nie była altruistką, nie zależało jej na graniu fair. Jedyna wartość, jaką kierowała się w ocenie człowieka było to, jak wiele mógł przynieść jej korzyści. Póki co jedynie przysporzył jej samych zmartwień, naruszając święty status quo, zamieniając jej ojca w zgrzędliwego choleryka, a także pozbawiając ją wygodnego statusu córki najważniejszego człowieka po tej stronie Pokątnej. Nie wspominając już, że swoim jestestwem doprowadził do kłótni pomiędzy nią a Alastorem.
Jeśli chodziło o Eden, Nobby Leach równie dobrze mógł gryźć piach.
Niemniej, w przeciwieństwie do Moody'ego, nie zdecydowała się stawać w obronie własnych wartości na głos. Po pierwsze dlatego, że zbyt wiele razy ugryzła się dziś w język i obawiała się, że zgromadzona w ten sposób krew w jej ustach poplamiłaby jej ubrania, gdyby nagle je otworzyła. Po drugie doskonale zdawała sobie sprawę, że te wartości nawet nie należą do niej. Były spadkiem po ojcu, który otrzymał je od swojego ojca, a ten od swojego. Światopoglądowe perpetuum mobile było ich skarbem rodowym. To rodzinne brzemię, którego nikt od wieków nie ośmielił się zrzucić z bark. Czemu miała stawać w obronie czegoś, pod czym nie mogła się podpisać? Czemu miała toczyć walkę w wojnie, której nawet nie rozpoczęła?
Po trzecie - lata doświadczeń nauczyły Eden, by nie wchodzić w słowo rozgoryczonym mężczyznom. To nie był pierwszy, ani zdecydowanie ostatni raz, kiedy ktoś podnosił na nią głos przy stole, bo postanowiła wygłosić swoją opinię. Nie po raz pierwszy patrzyła pustym spojrzeniem w czyjąś wygiętą w złości twarz, bezowocnie próbując wytłumić karcące słowa skierowane w jej kierunku. Z autopsji wiedziała, że nieważne, co w tym momencie powie, nie zmieni tym faktu, że powiedziała coś, co mu się nie spodobało. Nie zmieni jego niezadowolenia, nie sprawi, że będzie mniej zawiedziony.
Upiła łyk kawy w milczeniu.
Zawisła między nimi grobowa cisza, której nie raczyła zabić słowami. Przerwał ją jedynie szelest gazety, którą złożyła równiutko, przesunęła na bok, a następnie w jej miejsce przełożyła talerzyk z rogalikiem, którego właśnie miała zamiar dokończyć.
Posłała Alastorowi badawcze spojrzenie, jakby niemo chciała zapytać "skończyłeś już?". Wcześniej czuła wyrzuty sumienia związane ze swoim niewłaściwym doborem słów, jednak wyzbyła się wszystkich, gdy usłyszała stek niepochlebnych epitetów na temat osób czystej krwi. Podobno dyskryminacja na tle czystości krwi jest nieprzyzwoita, niby stereotypy są krzywdzące, ale jego uprzedzenie przemawiało przez niego jak alfabet Braille'a. Dało się od ręki wyczuć, że wcale nie był lepszy, po prostu znalazł się po przeciwnej stronie barykady.
- Szerokiej drogi - powiedziała wreszcie, kiedy oświadczył, że wyjdzie zapalić. Poczekała, aż odniesie naczynia, lecz ona już po sobie nie posprzątała, kiedy mozolnie skończyła jeść. Nie spieszyła się, dając mu czas na pobicie się z własnymi myślami. Szczerze liczyła, że dostanie wpierdol.
Wyszła wreszcie z kawiarni. Z marynarką zarzuconą na ramiona oraz tym nieszczęsnym ciasteczkiem w ręce.
- Zapomniałeś je zabrać, kasjerka była niepocieszona - oświadczyła beznamiętnie, wciskając mu wypiek, czy tego chciał czy nie. - A teraz chodźmy już, bo wciąż mamy robotę do skończenia, a ja nie chcę spóźnić się na comiesięczne ruchanie kuzynów - dodała z goryczą w głosie, lecz twarz miała niewzruszoną. Założyła ramiona na piersi i ruszyła przed siebie, licząc, że Moody ją dogoni. Albo i nie. Im szybciej opuści dzisiaj jego towarzystwo, tym najwyraźniej lepiej.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~