10.04.2023, 01:18 ✶
Cóż, pozory potrafiły zwieść porządnie na manowce, bardzo daleko od prawdy. Inna sprawa, że przecież Carrow nie miała w zwyczaju otwierać się przed Rookwoodem i w drugą stronę działało to tak samo – toteż trudno, żeby wiele o sobie wiedzieli, jeśli chodziło o sercowe kwestie. I nie tylko sercowe – sprawy życia prywatnego pozostawały przeważnie ukryte.
Do tego dnia, do tego wieczora, kiedy każde z nich wydawało się mieć naprawdę wszystkiego dość i zdawało sobie sprawę z tego, że lepiej raczej nie będzie.
Ja... Zwróciła zmęczone spojrzenie na Ulyssesa, czekając cierpliwie, aż rozwinie myśl. Teraz miała na to przestrzeń i czas, nie musiała być zgryźliwą Carrow, której mogło się spieszyć. Zrobić, co mieli do zrobienia w danym miejscu i zniknąć jak kamfora. Teraz zaś… zdawali się mieć cały czas tego świata.
Choć, oczywiście, to nie było prawdą.
- Jeśli na czymś ci zależy? Nie powinieneś – potwierdziła spokojnie – Nie robiąc nic pozwalasz, by coś po prostu ci się wymknęło. Nie robiąc nic sprawiasz, że nie nastąpią zmiany, których pragniesz. Nie robiąc nic, możesz jedynie obserwować, jak wszystko przecieka ci przez palce – wyrzuciła z siebie, aż za dobrze pamiętając długie lata własnej bierności. Bo tym to właśnie było: biernością. Nie potrafiła stawić bezpośredniego oporu, wybierała jakieś pokrętne drogi w nadziei, że los się odmieni – wszystko nadaremno.
Bo straciła to, na czym jej zależało najbardziej w życiu, a uświadomienie sobie tego naprawdę przyszło wtedy, gdy już było za późno.
Za późno.
Gorycz się rozlewała; wzięła nagle głębszy wdech, jakby chcąc powstrzymać falę, pragnącą znaleźć ujście. Nie, na taką słabość nie mogła sobie pozwolić; odwróciła spojrzenie, wbiła je gdzieś w górę. Zupełnie, jakby znajdowało się tam coś wielce fascynującego – może i było, tyle że tego tak naprawdę nie widziała.
- Nie brzmi to źle. Trochę gorzej, jeśli taki spadnie na środku ulicy, ale… może? – może coś takiego by się udało. Jeśli tylko dotrzeć do wszystkich, którzy byli świadkami takiego deszczu… jeśli.
A najlepiej, jeśli żaden z mugoli nie da się złapać na pieprzony świstoklik. Choć tyle, że zmniejszyła potencjalną liczbę ofiar, niemniej gdzieś z tłu głowy pozostawało poczucie, że trzeba było zrobić więcej.
- Powinniśmy – przytaknęła, znów skupiając spojrzenie na Rookwoodzie. Pozbawione zwyczajowego ognia, jaki w nich mieszkał. Naprawdę miała wszystkiego dość.
- Powinniśmy, a jednak spójrz, co się dzieje. Zabijamy się wzajemnie, czysta krew i tak jest przelewana, na równi ze szlamowatą – wyrzuciła, nie ruszając się z miejsca. Kiedyś będzie musiała, ale teraz… teraz nawet nie chciała. Zwłaszcza że puste mieszkanie nie było miejscem, do którego pragnęłaby wrócić.
Do tego dnia, do tego wieczora, kiedy każde z nich wydawało się mieć naprawdę wszystkiego dość i zdawało sobie sprawę z tego, że lepiej raczej nie będzie.
Ja... Zwróciła zmęczone spojrzenie na Ulyssesa, czekając cierpliwie, aż rozwinie myśl. Teraz miała na to przestrzeń i czas, nie musiała być zgryźliwą Carrow, której mogło się spieszyć. Zrobić, co mieli do zrobienia w danym miejscu i zniknąć jak kamfora. Teraz zaś… zdawali się mieć cały czas tego świata.
Choć, oczywiście, to nie było prawdą.
- Jeśli na czymś ci zależy? Nie powinieneś – potwierdziła spokojnie – Nie robiąc nic pozwalasz, by coś po prostu ci się wymknęło. Nie robiąc nic sprawiasz, że nie nastąpią zmiany, których pragniesz. Nie robiąc nic, możesz jedynie obserwować, jak wszystko przecieka ci przez palce – wyrzuciła z siebie, aż za dobrze pamiętając długie lata własnej bierności. Bo tym to właśnie było: biernością. Nie potrafiła stawić bezpośredniego oporu, wybierała jakieś pokrętne drogi w nadziei, że los się odmieni – wszystko nadaremno.
Bo straciła to, na czym jej zależało najbardziej w życiu, a uświadomienie sobie tego naprawdę przyszło wtedy, gdy już było za późno.
Za późno.
Gorycz się rozlewała; wzięła nagle głębszy wdech, jakby chcąc powstrzymać falę, pragnącą znaleźć ujście. Nie, na taką słabość nie mogła sobie pozwolić; odwróciła spojrzenie, wbiła je gdzieś w górę. Zupełnie, jakby znajdowało się tam coś wielce fascynującego – może i było, tyle że tego tak naprawdę nie widziała.
- Nie brzmi to źle. Trochę gorzej, jeśli taki spadnie na środku ulicy, ale… może? – może coś takiego by się udało. Jeśli tylko dotrzeć do wszystkich, którzy byli świadkami takiego deszczu… jeśli.
A najlepiej, jeśli żaden z mugoli nie da się złapać na pieprzony świstoklik. Choć tyle, że zmniejszyła potencjalną liczbę ofiar, niemniej gdzieś z tłu głowy pozostawało poczucie, że trzeba było zrobić więcej.
- Powinniśmy – przytaknęła, znów skupiając spojrzenie na Rookwoodzie. Pozbawione zwyczajowego ognia, jaki w nich mieszkał. Naprawdę miała wszystkiego dość.
- Powinniśmy, a jednak spójrz, co się dzieje. Zabijamy się wzajemnie, czysta krew i tak jest przelewana, na równi ze szlamowatą – wyrzuciła, nie ruszając się z miejsca. Kiedyś będzie musiała, ale teraz… teraz nawet nie chciała. Zwłaszcza że puste mieszkanie nie było miejscem, do którego pragnęłaby wrócić.