Coś zadudniło jej w sercu, rozpościerając połacie harmonii i niezwykłej w swej krasie urokliwości – nigdy nie była kokietką, a jej czyny, rozbrajająco niewinne, acz uparte, zapewniały o dalece posuniętej delikatności, subtelności zawartej w gestach. Gdy przycisnął ją bliżej do siebie – coś wewnątrz zatrzepotało, rozpościerając się motylami ekscytacji, gdy nachylał się do niej. I gdy już nieomal dotknął jej ust, oddalił się, brzmiąc pytaniem skalanym retoryką. Pąs wstąpił na jej oblicze nieprzejednanie, barwiąc policzki i piegowaty nos różem – przełknęła ciężko ślinę, zaciskając dłoń na jego ramieniu, które przez moment było jej tak bliskie, tak miękko otulało ją dotykiem.
Pokręciła głową na jego słowa gwałtownie, zamykając ich w okowach bliskości niewiadomej i nade wszystko niepoprawnej. Nie była dotychczasowo równie blisko z jakimkolwiek mężczyzną, a to, jak pewnie trzymał ją w ramie tanecznej wzburzało tumany myśli ku górze, rozlewając je gdzieś pod rozgwieżdżonym niebem. Zacisnęła usta w wąską linię, nim uwolniła go z uścisku dłoni, te przenosząc na jego policzki.
Trwała tak przez ulotne momenty, oddychając odrobinę ciężej.
– Pocałunki. Pierwsze pocałunki – wyklarowała, a w jej roziskrzonym spojrzeniu zawarła się salwa niewymownego.
Ułożywszy dłonie na jego policzkach, prędko zamknęła dystans ich dzielący. Jego wargi były przyjemnie ciepłe i miękkie, uginały się pod niepewnym naciskiem. Przeniosła dłoń na jego kark, drugą zarzucając mu na ramiona. Momentalnie wszystko inne przestało istnieć, przeradzając się w raptem scenerię dla ich zbliżenia – nic nie miało znaczenia, wszystko pozostawiło po sobie raptem cień istnienia. Odsunęła się po chwili niepewnie, spod na wpół przymkniętych powiek przelewając wzrok na jego oblicze.
– Och, przepraszam – rzekła miękko, kręcąc głową. – Nie powinnam – dodała po chwili.