10.04.2023, 01:13 ✶
- Nie dopuszczaj mnie do tego portretu. Mówię poważnie. Jestem pewna, że na mój widok przypomni sobie, że… nie wiem, przypominam do złudzenia jego siostrzenicę, która ukradła klejnoty koronne i ukryła je w jakimś podejrzanym miejscu – powiedziała Brenna żartobliwie. Nie wierzyła przecież, że jakiś obraz faktycznie wyśle ich na śledztwo w sprawie przestępca. Na słowa „moglibyśmy” nawet nie zwróciła uwagi. Czasem Patrick prosił ją o pomoc. A odkąd wybuchła wojna, ilość spraw się potroiła, a niektóre okazywały bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać, ona sama przychodziła do niego na tyle często, że pewnie niektórym dałoby się wmówić, że tam pracuje.
Postępowanie Korneliusa i ją rozbawiło. Głównie dlatego, że mogła kupić mu te jaja aligatora. I że nie miała pojęcia, ze jej portfel został w kieszeni marynarki, która z kolei została w biurze Brygady.
- To jakieś ślimaki? Albo żaby? – spytała na propozycje Stewarda, z taką miną, że ciężko było stwierdzić, czy mówi poważnie, czy żartuje. Oburzonego spojrzenia Korneliusa albo nie zauważyła, albo udała, że go nie widzi. – W każdym razie, brzmi świetnie. Cokolwiek to jest. Nawet ślimaki. Tylko jeśli to będą ślimaki, to niech będzie tego dużo, bo jestem straszliwie głodna.
Pozostawiła złożenie zamówienia Patrickowi. Mogło się wydawać to zabawne, ale po prawdzie, on lepiej pasował do takich miejsc (i zamówień) niż Brenna Longbottom, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
A potem… potem pozornie dalej siedziała swobodnie, a kiedy przed nimi postawiono posiłek (całkowicie pozbawiony ślimaków oraz żab) nawet zaczęła go jeść. Jej spojrzenie stało się jednak bardziej skupione, a wzrok utkwiła w Korneliusie tak, jakby w tej chwili to ten człowiek był dla niej najważniejszy na świecie i każde słowo, jakie wypowie, miało ogromne znaczenie.
W pewnym sensie tak było. Po to tutaj przyszli.
Zmięła w ustach kilka pytań, które chciała zadać, ale których wypowiedzenie nie miało sensu. Nie po tak wielu latach. Wątpliwe, aby mężczyzna pamiętał, czy Rosaline z kimś rozmawiała albo dlaczego wyszła z sali do ogrodu ciemną nocą. Było jednak kilka innych rzeczy, o które chciała spytać i z trudem powstrzymała się przed wyciągnięciem widelca. Przełknęła masę serowo – winową, otarła usta serwetką.
– Może pamięta pan, gdzie Rosaline bywała? A właściwie… gdzie w ogóle mogły bywać wtedy młode dziewczęta? Zwłaszcza po zmroku – spytała. Bo jeżeli wampirzyca tak uparcie domagała się właśnie „najpiękniejszego kwiatu” musiała przecież gdzieś zobaczyć dziewczynę. Wątpliwe, aby po prostu uparła się aż tak na przypadkową dziewczynę.
– Matka, jak wspomniałem przed chwilą, trzymała ją krótko – powiedział mężczyzna, pomiędzy jednym kęsem a drugim. Opróżniał talerz nawet szybciej niż Brenna, która naprawdę uwielbiała jedzenie. – Rzadko bywała w towarzystwie. Little Hangleton to też nie żadne wspaniałe miejsce, nie organizowano tam często zabaw. Ale tacy jak oni lubili bywać w Londynie. Udawać, że są częścią wielkiego świata. Tam na pewno bywała w towarzystwie, także po zmroku.
I chyba im tego zazdrościłeś, pomyślała Brenna, oczywiście jednak zachowała tę myśl dla siebie.
– Czy może pan potwierdzić, że Riddlowie nie przygarnęli żadnej ubogiej krewnej?
– Riddlowie? Prędzej obrabowali taką z majątku i wyrzucili z domu!
Kiwnęła głową odruchowo. Potwierdzał więc to, do czego udało się dojść na podstawie przeszukiwania mugolskich ksiąg parafialnych i paru innych źródeł, które mogły okazać się mylne.
– W takim razie… chciałabym wiedzieć, czy może pamięta pan, aby w Little Hangleton tamtego roku pojawiła się młoda, ciemnowłosa piękność? Prawdopodobnie o imieniu Dolores? Albo… aby jakieś inne młode kobiety zaginęły lub zostały znalezione martwe? – zapytała ostrożnie. O ile taką piękność łatwo po latach mógł zapomnieć, o tyle tajemnicze zgony i zaginięcia niekiedy pozostawały w pamięci. Zwłaszcza, jeżeli w danym roku umarło więcej osób, a tutaj mieli zgon Rosaline oraz jej brata.
Postępowanie Korneliusa i ją rozbawiło. Głównie dlatego, że mogła kupić mu te jaja aligatora. I że nie miała pojęcia, ze jej portfel został w kieszeni marynarki, która z kolei została w biurze Brygady.
- To jakieś ślimaki? Albo żaby? – spytała na propozycje Stewarda, z taką miną, że ciężko było stwierdzić, czy mówi poważnie, czy żartuje. Oburzonego spojrzenia Korneliusa albo nie zauważyła, albo udała, że go nie widzi. – W każdym razie, brzmi świetnie. Cokolwiek to jest. Nawet ślimaki. Tylko jeśli to będą ślimaki, to niech będzie tego dużo, bo jestem straszliwie głodna.
Pozostawiła złożenie zamówienia Patrickowi. Mogło się wydawać to zabawne, ale po prawdzie, on lepiej pasował do takich miejsc (i zamówień) niż Brenna Longbottom, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
A potem… potem pozornie dalej siedziała swobodnie, a kiedy przed nimi postawiono posiłek (całkowicie pozbawiony ślimaków oraz żab) nawet zaczęła go jeść. Jej spojrzenie stało się jednak bardziej skupione, a wzrok utkwiła w Korneliusie tak, jakby w tej chwili to ten człowiek był dla niej najważniejszy na świecie i każde słowo, jakie wypowie, miało ogromne znaczenie.
W pewnym sensie tak było. Po to tutaj przyszli.
Zmięła w ustach kilka pytań, które chciała zadać, ale których wypowiedzenie nie miało sensu. Nie po tak wielu latach. Wątpliwe, aby mężczyzna pamiętał, czy Rosaline z kimś rozmawiała albo dlaczego wyszła z sali do ogrodu ciemną nocą. Było jednak kilka innych rzeczy, o które chciała spytać i z trudem powstrzymała się przed wyciągnięciem widelca. Przełknęła masę serowo – winową, otarła usta serwetką.
– Może pamięta pan, gdzie Rosaline bywała? A właściwie… gdzie w ogóle mogły bywać wtedy młode dziewczęta? Zwłaszcza po zmroku – spytała. Bo jeżeli wampirzyca tak uparcie domagała się właśnie „najpiękniejszego kwiatu” musiała przecież gdzieś zobaczyć dziewczynę. Wątpliwe, aby po prostu uparła się aż tak na przypadkową dziewczynę.
– Matka, jak wspomniałem przed chwilą, trzymała ją krótko – powiedział mężczyzna, pomiędzy jednym kęsem a drugim. Opróżniał talerz nawet szybciej niż Brenna, która naprawdę uwielbiała jedzenie. – Rzadko bywała w towarzystwie. Little Hangleton to też nie żadne wspaniałe miejsce, nie organizowano tam często zabaw. Ale tacy jak oni lubili bywać w Londynie. Udawać, że są częścią wielkiego świata. Tam na pewno bywała w towarzystwie, także po zmroku.
I chyba im tego zazdrościłeś, pomyślała Brenna, oczywiście jednak zachowała tę myśl dla siebie.
– Czy może pan potwierdzić, że Riddlowie nie przygarnęli żadnej ubogiej krewnej?
– Riddlowie? Prędzej obrabowali taką z majątku i wyrzucili z domu!
Kiwnęła głową odruchowo. Potwierdzał więc to, do czego udało się dojść na podstawie przeszukiwania mugolskich ksiąg parafialnych i paru innych źródeł, które mogły okazać się mylne.
– W takim razie… chciałabym wiedzieć, czy może pamięta pan, aby w Little Hangleton tamtego roku pojawiła się młoda, ciemnowłosa piękność? Prawdopodobnie o imieniu Dolores? Albo… aby jakieś inne młode kobiety zaginęły lub zostały znalezione martwe? – zapytała ostrożnie. O ile taką piękność łatwo po latach mógł zapomnieć, o tyle tajemnicze zgony i zaginięcia niekiedy pozostawały w pamięci. Zwłaszcza, jeżeli w danym roku umarło więcej osób, a tutaj mieli zgon Rosaline oraz jej brata.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.