27.10.2022, 21:28 ✶
Brenna nigdy nie była asem, jeśli szło o zielarstwo. Eliksirów uczyła się w mękach, bólach i nawet czasem przy przekleństwach, wiedząc, że potrzebuje zaliczyć SUMy, a potem OWUTEMy, aby bez problemów dostać prace w BUM i awansować wyżej w hierarchii. Nie miała w sobie "zielonej magii".
Ale nie przeszkadzało jej to mówić do drzew. Gadać do roślin. Często głupot.
- Jeśli moja znajoma pojawi się w Dolinie Godryka, gdy będziemy tu obie, to pewnie da się to zorganizować - powiedziała tylko Dorze. I faktycznie, traktowała to wiążąco, chociaż też pozostawała kwestia "zgrania trzech kalendarzy". - Może spróbuję wprosić nas do sadów Abbottów? - zastanowiła się jeszcze głośno. Skoro Dorę interesowały takie rzeczy, ta rodzina wydawała się lepszym nawet wyborem niż Greengrassowie. - Hodują magiczne owoce, są półkrwi, a Leonore to najmilsza kobieta pod słońcem, myślę, że nie miałaby nic przeciwko...
Nie zdążyła jednak kontynuować tematu. Ani odpowiedzieć niczego na słowa panny Crawley dotyczące spadania z drzew ani śladu, który miała na rękach.
Pnącze próbowało wciągnąć ją - prawdopodobnie - do dziury w pniu. Brenna syknęła, starając się chwycić czegoś rękami i nie pozwolić pociągnąć w tył, w czym wydatnie pomogło to, że Menodora złapała ją za nadgarstki. Dzięki temu zdołała nogą zaprzeć się o pień, ale druga wciąż pozostawała w morderczym iście uścisku pnącza.
I na tyle silnym, że Crawley także straciła równowagę i obie zaszurały po ziemi. Gałęzie szumiały nad ich głowami, rzucając głęboki cień. Wilgotna trawa przyczepiała się do ubrań i ciał.
- Mam! Ale musisz puścić jedną rękę - jęknęła. Była członkiem Brygady Uderzeniowej, pewnie prędzej zapomniałaby się ubrać niż zabrać ze sobą różdżkę. Sięgnięcie po nią było jednak iście problematyczne, bo Menodora trzymała ją za ręce... ale ich puszczenie z kolei, czy nawet puszczenie jednej oznaczało ryzyko, że roślina po prostu wciągnie ją tam, gdzie zechce. Zwłaszcza, że pięło się coraz wyżej i oplatało już nie tylko kostkę, ale także łydkę. Brenna szarpnęła gwałtownie nogą i chociaż zdołała chyba uderzyć stopą w pnącze, to zemściło się, zaciskając uścisk bardziej, aż z ust Longbottom wydobył się cichy krzyk.
Ale nie przeszkadzało jej to mówić do drzew. Gadać do roślin. Często głupot.
- Jeśli moja znajoma pojawi się w Dolinie Godryka, gdy będziemy tu obie, to pewnie da się to zorganizować - powiedziała tylko Dorze. I faktycznie, traktowała to wiążąco, chociaż też pozostawała kwestia "zgrania trzech kalendarzy". - Może spróbuję wprosić nas do sadów Abbottów? - zastanowiła się jeszcze głośno. Skoro Dorę interesowały takie rzeczy, ta rodzina wydawała się lepszym nawet wyborem niż Greengrassowie. - Hodują magiczne owoce, są półkrwi, a Leonore to najmilsza kobieta pod słońcem, myślę, że nie miałaby nic przeciwko...
Nie zdążyła jednak kontynuować tematu. Ani odpowiedzieć niczego na słowa panny Crawley dotyczące spadania z drzew ani śladu, który miała na rękach.
Pnącze próbowało wciągnąć ją - prawdopodobnie - do dziury w pniu. Brenna syknęła, starając się chwycić czegoś rękami i nie pozwolić pociągnąć w tył, w czym wydatnie pomogło to, że Menodora złapała ją za nadgarstki. Dzięki temu zdołała nogą zaprzeć się o pień, ale druga wciąż pozostawała w morderczym iście uścisku pnącza.
I na tyle silnym, że Crawley także straciła równowagę i obie zaszurały po ziemi. Gałęzie szumiały nad ich głowami, rzucając głęboki cień. Wilgotna trawa przyczepiała się do ubrań i ciał.
- Mam! Ale musisz puścić jedną rękę - jęknęła. Była członkiem Brygady Uderzeniowej, pewnie prędzej zapomniałaby się ubrać niż zabrać ze sobą różdżkę. Sięgnięcie po nią było jednak iście problematyczne, bo Menodora trzymała ją za ręce... ale ich puszczenie z kolei, czy nawet puszczenie jednej oznaczało ryzyko, że roślina po prostu wciągnie ją tam, gdzie zechce. Zwłaszcza, że pięło się coraz wyżej i oplatało już nie tylko kostkę, ale także łydkę. Brenna szarpnęła gwałtownie nogą i chociaż zdołała chyba uderzyć stopą w pnącze, to zemściło się, zaciskając uścisk bardziej, aż z ust Longbottom wydobył się cichy krzyk.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.