10.04.2023, 12:16 ✶
- To ser, chleb, warzywa i mięso. Tylko będziemy podgrzewać je na bieżąco. Każdy z nas w takich proporcjach, na jakie będzie miał ochotę – opisał, celowo zaznaczając, że nie musieli jeść tego w ten sam sposób.
Danie nie było specjalnie wykwintne, ale cała jego istota zamykała się w przygotowywaniu go na bieżąco, w roztapianiu sera, robieniu grzanek z chleba, nadziewaniu na widełki i smażeniu mięsa. Było o tyle smaczne, że obydwoje mogli w nim wybrać to, na co mieli ochotę.
Patrick nie był aż tak głodny, ale i on zakładał, że w kieszeni jego kurtki tkwi portfel z pieniędzmi. Może nie należał do ludzi tak bogatych jak Longbottomowie, ale od czasu do czasu mógł sobie pozwolić na zapłacenie drogiego rachunku w bardziej wykwintnej restauracji (zwłaszcza, że nie miał specjalnie wielkich wydatków, wciąż oficjalnie mieszkając w domu dziadków).
Wsłuchiwał się w toczącą się rozmowę, nieśpiesznie przeżuwając posiłek. Obserwował Carlingtona, zastanawiając się na ile ten wciąż miał bystry umysł a na ile tylko udawał, że taki ma.
- Młoda, ciemnowłosa piękność? – powtórzył staruszek. Sięgnął po kawałek chleba przeznaczonego do fondue i zamoczył go w zupie cebulowej. – Zawsze wolałem rude, ale jak tak teraz myślę to była jedna taka pasująca do opisu. Ciemnowłosa. Bardzo blada. Młoda wdowa. Nie pamiętam do końca jak się nazywała… - urwał, znowu skupiając się na pochłanianiu posiłku. – No, nie przypomnę sobie, ale wydaje mi się, że spotkałem ją raz, może dwa razy w parku. Czy ona czasem nie bywała na wieczorkach muzycznych? Albo poetyckich? – zamyślił się. – Nie przypomnę sobie teraz.
- A wie pan może coś więcej o tej kobiecie? Nieważne jak miała na imię. Była w Little Hangleton po raz pierwszy? Czy pojawiała się regularnie?
- Po raz pierwszy. Chyba. Chyba w tamtym roku, w roku tego balu była po raz pierwszy. Ale potem jeszcze ją widziałem w Little Hangleton. Albo w Londynie? – zaczął się zastanawiać.
Patrick nie zdołał się powstrzymać przed ostentacyjnym przewróceniem oczami. Może ją widziałem, ale jej chyba nie widziałem, nie było tropem prowadzącym w którąkolwiek stronę.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że potem jeszcze ją widziałem. Tylko gdzie to mogło być… - Carlington zamrugał szybko. Na chwilę oderwał się nawet od jedzenia. Pstryknął palcami. – Wiem. To nie była ona. Tylko jej córka. Dionne. Skóra zdarta z matki. Nazwiska sobie teraz nie przypomnę, ale coś na T. Tucker? Talbot? Tyler? To pewnie i tak nieważne, bo to po mężu. W każdym razie spotkałem ją nad jeziorem w pobliżu Marunweem – uśmiechnął się triumfalnie. – Nawet rozmawialiśmy chwilę. Miła dziewczyna, mówiła, że jej rodzina stamtąd pochodzi.
Steward kiwnął głową, notując w myślach nazwę miejscowości wymienioną przez starszego mężczyznę.
- Myślicie, że matka Dionne też mogła paść ofiarą wampira?
- To prawdopodobne – zgodził się Patrick, celowo nie wyprowadzając Carlingtona z błędu, choć z całej jego opowieści wyciągnął kompletnie odmienne wnioski. – A były wtedy jeszcze jakieś zaginięcia w okolicy? Albo zagadkowe zgony? – powtórzył pytanie Brenny.
Staruszek zamyślił się. Sięgnął po kieliszek z winem i upił od razu dobrą połowę.
- A to zabawne w sumie. Jak tak o tym pomyślę, to chodziły wtedy plotki, że od Riddle’ów uciekały pokojówki. Zwykłe mugolki, ale to raczej dlatego, że tam młody Riddle miał lepkie rączki. To nagminne w takich domach. U Hobbsów było to samo. Mieszkali po sąsiedzku – podrapał się po nosie. – Albo to było jakoś później te plotki? Zrozumcie, że pytacie o wydarzenia, które działy się ile… pięćdziesiąt lat temu?
Patrick posłał mężczyźnie pełen zrozumienia uśmiech.
- No tak, to dawna sprawa – zgodził się. - Pewnych rzeczy można już nie pamiętać.
- O, pamięć to ja mam ostrą jak brzytwa - zapewnił Carlington. Kończył właśnie jeść zupę cebulową.
Danie nie było specjalnie wykwintne, ale cała jego istota zamykała się w przygotowywaniu go na bieżąco, w roztapianiu sera, robieniu grzanek z chleba, nadziewaniu na widełki i smażeniu mięsa. Było o tyle smaczne, że obydwoje mogli w nim wybrać to, na co mieli ochotę.
Patrick nie był aż tak głodny, ale i on zakładał, że w kieszeni jego kurtki tkwi portfel z pieniędzmi. Może nie należał do ludzi tak bogatych jak Longbottomowie, ale od czasu do czasu mógł sobie pozwolić na zapłacenie drogiego rachunku w bardziej wykwintnej restauracji (zwłaszcza, że nie miał specjalnie wielkich wydatków, wciąż oficjalnie mieszkając w domu dziadków).
Wsłuchiwał się w toczącą się rozmowę, nieśpiesznie przeżuwając posiłek. Obserwował Carlingtona, zastanawiając się na ile ten wciąż miał bystry umysł a na ile tylko udawał, że taki ma.
- Młoda, ciemnowłosa piękność? – powtórzył staruszek. Sięgnął po kawałek chleba przeznaczonego do fondue i zamoczył go w zupie cebulowej. – Zawsze wolałem rude, ale jak tak teraz myślę to była jedna taka pasująca do opisu. Ciemnowłosa. Bardzo blada. Młoda wdowa. Nie pamiętam do końca jak się nazywała… - urwał, znowu skupiając się na pochłanianiu posiłku. – No, nie przypomnę sobie, ale wydaje mi się, że spotkałem ją raz, może dwa razy w parku. Czy ona czasem nie bywała na wieczorkach muzycznych? Albo poetyckich? – zamyślił się. – Nie przypomnę sobie teraz.
- A wie pan może coś więcej o tej kobiecie? Nieważne jak miała na imię. Była w Little Hangleton po raz pierwszy? Czy pojawiała się regularnie?
- Po raz pierwszy. Chyba. Chyba w tamtym roku, w roku tego balu była po raz pierwszy. Ale potem jeszcze ją widziałem w Little Hangleton. Albo w Londynie? – zaczął się zastanawiać.
Patrick nie zdołał się powstrzymać przed ostentacyjnym przewróceniem oczami. Może ją widziałem, ale jej chyba nie widziałem, nie było tropem prowadzącym w którąkolwiek stronę.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że potem jeszcze ją widziałem. Tylko gdzie to mogło być… - Carlington zamrugał szybko. Na chwilę oderwał się nawet od jedzenia. Pstryknął palcami. – Wiem. To nie była ona. Tylko jej córka. Dionne. Skóra zdarta z matki. Nazwiska sobie teraz nie przypomnę, ale coś na T. Tucker? Talbot? Tyler? To pewnie i tak nieważne, bo to po mężu. W każdym razie spotkałem ją nad jeziorem w pobliżu Marunweem – uśmiechnął się triumfalnie. – Nawet rozmawialiśmy chwilę. Miła dziewczyna, mówiła, że jej rodzina stamtąd pochodzi.
Steward kiwnął głową, notując w myślach nazwę miejscowości wymienioną przez starszego mężczyznę.
- Myślicie, że matka Dionne też mogła paść ofiarą wampira?
- To prawdopodobne – zgodził się Patrick, celowo nie wyprowadzając Carlingtona z błędu, choć z całej jego opowieści wyciągnął kompletnie odmienne wnioski. – A były wtedy jeszcze jakieś zaginięcia w okolicy? Albo zagadkowe zgony? – powtórzył pytanie Brenny.
Staruszek zamyślił się. Sięgnął po kieliszek z winem i upił od razu dobrą połowę.
- A to zabawne w sumie. Jak tak o tym pomyślę, to chodziły wtedy plotki, że od Riddle’ów uciekały pokojówki. Zwykłe mugolki, ale to raczej dlatego, że tam młody Riddle miał lepkie rączki. To nagminne w takich domach. U Hobbsów było to samo. Mieszkali po sąsiedzku – podrapał się po nosie. – Albo to było jakoś później te plotki? Zrozumcie, że pytacie o wydarzenia, które działy się ile… pięćdziesiąt lat temu?
Patrick posłał mężczyźnie pełen zrozumienia uśmiech.
- No tak, to dawna sprawa – zgodził się. - Pewnych rzeczy można już nie pamiętać.
- O, pamięć to ja mam ostrą jak brzytwa - zapewnił Carlington. Kończył właśnie jeść zupę cebulową.