10.04.2023, 13:20 ✶
- Ser, chleb, mięso i to wszystko na ciepło? Jestem kupiona – rzuciła jeszcze Brenna radośnie do Patricka. Była kobietą, która z równym zapałem zjadała krewetki maczane w szampanie na eleganckim przyjęciu, jak rzucała się na frytki w mugolskim fast foodzie. Ogólnie lubiła jedzenie, a ten opis brzmiał w jej uszach niby najpiękniejsza muzyka.
Gdy mężczyzna podjął opowieść i padło słowa „bardzo blada”, Brenna aż na chwilę zamarła z grzanką w ręku. „Dionne”, skóra zdarta z matki. Zerknęła krótko na Stewarda, ale nic nie powiedziała, nie wątpiąc, że dochodził do podobnych wniosków, co ona.
Pytanie tylko, czy ostatecznie nie był to przypadek, a oni nie dopatrywali się tutaj czegoś, co chcieli widzieć. Brenna z największym trudem powstrzymała się przed schwyceniem starca za przedramiona, by nim potrząsnąć i domagać się, aby przypomniał sobie to cholerne nazwisko.
- Oczywiście, panie Carlington, i tak jesteśmy wdzięczni za pańskie informacje – zapewniła. Znikające pokojówki, głównie mugolki… to mogło ujść wzrokowi Ministerstwa. Może dlatego „panna Dolores” trzymała się raczej domów mugolskich. I może nie bez powodu podawała się za Riddlównę? – Może pamięta pan, kiedy spotkał panią Dionne?
– Hm… to będzie… jakieś czternaście czy piętnaście temu? – zastanowił się Kornelius, odkładając łyżkę. A Brenna nie powstrzymała się i zaczęła szukać swojego notatnika: musiała zapisać imiona, propozycje nazwisk, informacje o wieczorkach muzycznych, Hobbsach (trzeba było ich przesłuchać, jeśli ktoś jeszcze żył i potraktować potem obliviate – w tym wypadku Brenna domyślała się, że zwykła rozmowa nie pomoże ujawnieniu niczego, skoro panny mogły po prostu znikać, bo panicz się do nich dobierał) miejsce spotkania, a także czas, w jakim do niego doszło. „Czternaście czy piętnaście lat temu” brzmiało lepiej niż czterdzieści - pięćdziesiąt. Musiała wygospodarować czas na sprawdzenie tego i owego…
– W każdym razie, obawiam się, że nie mam wiele więcej do powiedzenia. Życzę państwu miłego wieczoru – poinformował Kornelius, dopijając zamówione wino. W iście błyskawicznym tempie zdołał uporać się z całym zamówieniem.
Brenna pożegnała się z nim dość nieuważnie, nie zwracając uwagi na to, że ten wstaje i rusza do wyjścia. Ani nawet na to, że nie zjadła wszystkich swoich tostów (karygodne, to było przepyszne danie, smakował jej absolutnie każdy kęs) umaczanych w serze. Grzebała po kieszeniach i torebce, teraz już nawet nie za swoim notatnikiem.
– Cholera – zwróciła się do Patricka. – Zapomniałam i notatnika, i sakiewki. A i kluczy do domu. Właściwie, to zapomniałam całej marynarki, a w kieszeniach było wszystko…
Po prawdzie notatnik martwił ją bardziej niż sakiewka. Z jej notatek naprawdę niewiele dałoby się zrozumieć i wątpiła, aby kogoś z BUM interesowały zapiski na temat włamania albo historii ducha, w dodatku zapisywane paskudnym pismem i hasłowo, ale i tak bardzo nie chciałaby, aby uległy zagubieniu.
– Przepraszam? Czy podać rachunek? – spytał kelner, podchodząc do stolika. Patrzył na Brennę z dziwną uwagą, może dlatego, że usłyszał, że informuje, że nie ma sakiewki, a ledwo co obserwował, jak restaurację pośpiesznie opuszcza ktoś, kto zamówił dwa dość drogie dania i wino.
– Ehem, głupia sprawa…
– Jeśli nie mają państwo pieniędzy, muszę wezwać Brygadę Uderzeniową.
– Och, Brygadę? – ucieszyła się szczerze Brenna. Sekundę temu było jej straszliwie głupio, ba, nawet mało brakowało, aby się zaczerwieniła ze wstydu, choć zdarzały się jej to do tej pory może raz w życiu, ale skoro kelner chciał wzywać Brygadzistów, to było wręcz doskonale! Były może w całym biurze dwie osoby, których nie chciałaby oglądać w takich okolicznościach. – Koniecznie!
– Słucham?
– Niech pan wspomni w zgłoszeniu, żeby zabrali marynarkę, która wisi w gabinecie 52 na drzwiach, dobrze? Wie pan, zostawiłam w niej nie tylko sakiewkę, ale też dokumenty, jak będą mnie spisywać, to powinnam się wylegitymować – poprosiła, po czym sięgnęła po ostatni kawałek chleba, by zamaczać go w chlebie i dokończyć jedzenie.
Gdy mężczyzna podjął opowieść i padło słowa „bardzo blada”, Brenna aż na chwilę zamarła z grzanką w ręku. „Dionne”, skóra zdarta z matki. Zerknęła krótko na Stewarda, ale nic nie powiedziała, nie wątpiąc, że dochodził do podobnych wniosków, co ona.
Pytanie tylko, czy ostatecznie nie był to przypadek, a oni nie dopatrywali się tutaj czegoś, co chcieli widzieć. Brenna z największym trudem powstrzymała się przed schwyceniem starca za przedramiona, by nim potrząsnąć i domagać się, aby przypomniał sobie to cholerne nazwisko.
- Oczywiście, panie Carlington, i tak jesteśmy wdzięczni za pańskie informacje – zapewniła. Znikające pokojówki, głównie mugolki… to mogło ujść wzrokowi Ministerstwa. Może dlatego „panna Dolores” trzymała się raczej domów mugolskich. I może nie bez powodu podawała się za Riddlównę? – Może pamięta pan, kiedy spotkał panią Dionne?
– Hm… to będzie… jakieś czternaście czy piętnaście temu? – zastanowił się Kornelius, odkładając łyżkę. A Brenna nie powstrzymała się i zaczęła szukać swojego notatnika: musiała zapisać imiona, propozycje nazwisk, informacje o wieczorkach muzycznych, Hobbsach (trzeba było ich przesłuchać, jeśli ktoś jeszcze żył i potraktować potem obliviate – w tym wypadku Brenna domyślała się, że zwykła rozmowa nie pomoże ujawnieniu niczego, skoro panny mogły po prostu znikać, bo panicz się do nich dobierał) miejsce spotkania, a także czas, w jakim do niego doszło. „Czternaście czy piętnaście lat temu” brzmiało lepiej niż czterdzieści - pięćdziesiąt. Musiała wygospodarować czas na sprawdzenie tego i owego…
– W każdym razie, obawiam się, że nie mam wiele więcej do powiedzenia. Życzę państwu miłego wieczoru – poinformował Kornelius, dopijając zamówione wino. W iście błyskawicznym tempie zdołał uporać się z całym zamówieniem.
Brenna pożegnała się z nim dość nieuważnie, nie zwracając uwagi na to, że ten wstaje i rusza do wyjścia. Ani nawet na to, że nie zjadła wszystkich swoich tostów (karygodne, to było przepyszne danie, smakował jej absolutnie każdy kęs) umaczanych w serze. Grzebała po kieszeniach i torebce, teraz już nawet nie za swoim notatnikiem.
– Cholera – zwróciła się do Patricka. – Zapomniałam i notatnika, i sakiewki. A i kluczy do domu. Właściwie, to zapomniałam całej marynarki, a w kieszeniach było wszystko…
Po prawdzie notatnik martwił ją bardziej niż sakiewka. Z jej notatek naprawdę niewiele dałoby się zrozumieć i wątpiła, aby kogoś z BUM interesowały zapiski na temat włamania albo historii ducha, w dodatku zapisywane paskudnym pismem i hasłowo, ale i tak bardzo nie chciałaby, aby uległy zagubieniu.
– Przepraszam? Czy podać rachunek? – spytał kelner, podchodząc do stolika. Patrzył na Brennę z dziwną uwagą, może dlatego, że usłyszał, że informuje, że nie ma sakiewki, a ledwo co obserwował, jak restaurację pośpiesznie opuszcza ktoś, kto zamówił dwa dość drogie dania i wino.
– Ehem, głupia sprawa…
– Jeśli nie mają państwo pieniędzy, muszę wezwać Brygadę Uderzeniową.
– Och, Brygadę? – ucieszyła się szczerze Brenna. Sekundę temu było jej straszliwie głupio, ba, nawet mało brakowało, aby się zaczerwieniła ze wstydu, choć zdarzały się jej to do tej pory może raz w życiu, ale skoro kelner chciał wzywać Brygadzistów, to było wręcz doskonale! Były może w całym biurze dwie osoby, których nie chciałaby oglądać w takich okolicznościach. – Koniecznie!
– Słucham?
– Niech pan wspomni w zgłoszeniu, żeby zabrali marynarkę, która wisi w gabinecie 52 na drzwiach, dobrze? Wie pan, zostawiłam w niej nie tylko sakiewkę, ale też dokumenty, jak będą mnie spisywać, to powinnam się wylegitymować – poprosiła, po czym sięgnęła po ostatni kawałek chleba, by zamaczać go w chlebie i dokończyć jedzenie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.