13.04.2023, 19:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2023, 23:45 przez Mavelle Bones.)
Nie bez powodu w pracy takiej jak ich nieszczególnie należało dobierać w pary osoby, które łączyło coś więcej. Na tyle więcej, że powstawało ryzyko, iż w razie zagrożenia priorytety zostaną ustalone nie w tej kolejności, co by należało, zagrażając tym samym założeniom, jakie powinni wypełnić. Bo niestety, ale czasem należało wybrać – a takie wybory nie należały do łatwych, wręcz przeciwnie.
Emocje zaś nie bywały dobrym doradcą.
Te same emocje, które właśnie próbowała odsunąć na bok. Bo czy tego chcieli czy nie, nie mieli do dyspozycji całego czasu tego świata. Tak samo jak nie mogła pozwalać sobie na zastanawianie się teraz, jak doszło do tego, że właśnie stali naprzeciwko siebie, z posmakiem goryczy w ustach. A przecież kiedyś - och, niemalże wręcz w innym życiu, jak miała wrażenie - wydawało się, że poczynienie kolejnego kroku ku zacieśnieniu ich relacji było tak bardzo naturalne, że wręcz jedyne słuszne i mające przetrwać całe wieki.
A jednak…
… jednak okazywało się, że byli dla siebie o wiele lepszymi przyjaciółmi niż partnerami. Mogli się śmiać, wychylać w barze kufel za kuflem, przekomarzać czy nawet po prostu milczeć w akompaniamencie cykających świerszczy bądź też ołówka sunącego po papierze – wszystko to i wiele innych rzeczy. Mogli – lecz po złączeniu ich ścieżek w jedną wkraczały pewne oczekiwania i nagle coś, co nie miało znaczenia wcześniej okazywało się być zadrą nie do zniesienia.
I wszystkie te wspomnienia nadal pozostawały żywe, tak samo jak ta iskra, której nie potrafiła ugasić. A może tak naprawdę nie chciała, nie przyznając się do tego nawet sama przed sobą?
W każdym razie obserwowała uważnie, starając się upewnić, iż podjęła właściwą decyzję, nie nalegając na to, że powinien odpuścić. Co samo w sobie wydawało się niewłaściwe, z drugiej strony – niechciana prawda była taka, że czasem najlepszym wyjściem było opuszczenie różdżki i pozwolenie, by kto inny przejął ster.
Uśmiech Alastora wywołał ukłucie w sercu; zacisnęła mocniej palce na różdżce, powstrzymując się od sięgnięcia dłonią ku jego twarzy. Ułożenia jej na policzku, cmoknięcia w czoło, wspinając się na palcach. Zapewnienia, że cokolwiek by się nie działo, będzie u boku, choćby i cały świat stawał właśnie w płomieniach.
Czas jednak temu nie sprzyjał, podobnie jak wytyczone nie aż tak dawno granice; mógł jednak wyczytać milczącą obietnicę, że nie zostawi go tu teraz samego. Nawet jeśli widziała, iż wyraźnie się uspokajał, przestawał przypominać istotę, którą pragnęło się utulić do piersi i zamknąć w objęciach, chroniąc przed szalejącymi wokół zagrożeniami.
Zwróciła spojrzenie ku wskazanemu budynkowi, umiejscawiając go na swoistej mapce w umyśle. Kolejny punkt, na który należało zwrócić uwagę. I tym samym czas zdawał się ponownie ruszyć - choć przecież ta chwila "zawieszenia" naprawdę nie mogła trwać nieskończenie długo, jak Mavelle się wydawało.
Nie mogła, tym bardziej że niebezpieczeństwo zyskało... może nie twarz, bowiem ta pozostawała ukryta, ale przynajmniej kształt. Konkretna sylwetka, jedna - lecz z pewnością nie jedyna w okolicy ogarniętej chaosem (chyba że zasiali chaos i postanowili od razu wyteleportować się daleko stąd, gratulując sobie doskonale wykonanej pracy i klepiąc się po plecach – nawet jeśli nie dosłownie) – dość skutecznie przykuwała uwagę. Trudno, żeby było inaczej, skoro usiłowała przebić tarczę Moody’ego. Powstał impas – niemniej Bones nie planowała pozwolić, żeby się utrzymał, zamienił w walkę do wyczerpania jednej ze stron.
Zadziałała wręcz instynktownie, podrywając różdżkę, z ponurą determinacją malującą się w spojrzeniu. Przeciwnik mógł wyłącznie atakować lub tylko się bronić – chyba że w pobliżu miał jakiegoś kumpla, którego jeszcze nie widzieli. To nie powinno być szczególnie trudne, nie gdy po drugiej stronie barykady obronę wzięło na siebie jedno z tej dwójki. Nie powinno – a jednak pierwsze zaklęcie uległo zakrzywieniu i ostatecznie nie spełniło swego zadania. Drugie też nieszczególnie dosięgło delikwenta - cóż, przynajmniej zmusiła go do obrony, co oznaczało, iż sam teraz nie próbował przełamać tarczy Moody'ego. Trzeci raz… postawiła już na brutalną siłę; fala uderzeniowa rozbiła tarczę, a sylwetkę aż odrzuciło do tyłu.
- Leć, dogonię – rzuciła pośpiesznie, ponownie unosząc różdżkę. To nie wystarczyło – musiała skutecznie wyeliminować przeciwnika, tylko… kto będzie szybszy? Mavelle, posyłająca czary mające porządnie spętać czy też śmierciożerca, któremu może starczało jeszcze świadomości na to, by się teleportować…?
Emocje zaś nie bywały dobrym doradcą.
Te same emocje, które właśnie próbowała odsunąć na bok. Bo czy tego chcieli czy nie, nie mieli do dyspozycji całego czasu tego świata. Tak samo jak nie mogła pozwalać sobie na zastanawianie się teraz, jak doszło do tego, że właśnie stali naprzeciwko siebie, z posmakiem goryczy w ustach. A przecież kiedyś - och, niemalże wręcz w innym życiu, jak miała wrażenie - wydawało się, że poczynienie kolejnego kroku ku zacieśnieniu ich relacji było tak bardzo naturalne, że wręcz jedyne słuszne i mające przetrwać całe wieki.
A jednak…
… jednak okazywało się, że byli dla siebie o wiele lepszymi przyjaciółmi niż partnerami. Mogli się śmiać, wychylać w barze kufel za kuflem, przekomarzać czy nawet po prostu milczeć w akompaniamencie cykających świerszczy bądź też ołówka sunącego po papierze – wszystko to i wiele innych rzeczy. Mogli – lecz po złączeniu ich ścieżek w jedną wkraczały pewne oczekiwania i nagle coś, co nie miało znaczenia wcześniej okazywało się być zadrą nie do zniesienia.
I wszystkie te wspomnienia nadal pozostawały żywe, tak samo jak ta iskra, której nie potrafiła ugasić. A może tak naprawdę nie chciała, nie przyznając się do tego nawet sama przed sobą?
W każdym razie obserwowała uważnie, starając się upewnić, iż podjęła właściwą decyzję, nie nalegając na to, że powinien odpuścić. Co samo w sobie wydawało się niewłaściwe, z drugiej strony – niechciana prawda była taka, że czasem najlepszym wyjściem było opuszczenie różdżki i pozwolenie, by kto inny przejął ster.
Uśmiech Alastora wywołał ukłucie w sercu; zacisnęła mocniej palce na różdżce, powstrzymując się od sięgnięcia dłonią ku jego twarzy. Ułożenia jej na policzku, cmoknięcia w czoło, wspinając się na palcach. Zapewnienia, że cokolwiek by się nie działo, będzie u boku, choćby i cały świat stawał właśnie w płomieniach.
Czas jednak temu nie sprzyjał, podobnie jak wytyczone nie aż tak dawno granice; mógł jednak wyczytać milczącą obietnicę, że nie zostawi go tu teraz samego. Nawet jeśli widziała, iż wyraźnie się uspokajał, przestawał przypominać istotę, którą pragnęło się utulić do piersi i zamknąć w objęciach, chroniąc przed szalejącymi wokół zagrożeniami.
Zwróciła spojrzenie ku wskazanemu budynkowi, umiejscawiając go na swoistej mapce w umyśle. Kolejny punkt, na który należało zwrócić uwagę. I tym samym czas zdawał się ponownie ruszyć - choć przecież ta chwila "zawieszenia" naprawdę nie mogła trwać nieskończenie długo, jak Mavelle się wydawało.
Nie mogła, tym bardziej że niebezpieczeństwo zyskało... może nie twarz, bowiem ta pozostawała ukryta, ale przynajmniej kształt. Konkretna sylwetka, jedna - lecz z pewnością nie jedyna w okolicy ogarniętej chaosem (chyba że zasiali chaos i postanowili od razu wyteleportować się daleko stąd, gratulując sobie doskonale wykonanej pracy i klepiąc się po plecach – nawet jeśli nie dosłownie) – dość skutecznie przykuwała uwagę. Trudno, żeby było inaczej, skoro usiłowała przebić tarczę Moody’ego. Powstał impas – niemniej Bones nie planowała pozwolić, żeby się utrzymał, zamienił w walkę do wyczerpania jednej ze stron.
Zadziałała wręcz instynktownie, podrywając różdżkę, z ponurą determinacją malującą się w spojrzeniu. Przeciwnik mógł wyłącznie atakować lub tylko się bronić – chyba że w pobliżu miał jakiegoś kumpla, którego jeszcze nie widzieli. To nie powinno być szczególnie trudne, nie gdy po drugiej stronie barykady obronę wzięło na siebie jedno z tej dwójki. Nie powinno – a jednak pierwsze zaklęcie uległo zakrzywieniu i ostatecznie nie spełniło swego zadania. Drugie też nieszczególnie dosięgło delikwenta - cóż, przynajmniej zmusiła go do obrony, co oznaczało, iż sam teraz nie próbował przełamać tarczy Moody'ego. Trzeci raz… postawiła już na brutalną siłę; fala uderzeniowa rozbiła tarczę, a sylwetkę aż odrzuciło do tyłu.
- Leć, dogonię – rzuciła pośpiesznie, ponownie unosząc różdżkę. To nie wystarczyło – musiała skutecznie wyeliminować przeciwnika, tylko… kto będzie szybszy? Mavelle, posyłająca czary mające porządnie spętać czy też śmierciożerca, któremu może starczało jeszcze świadomości na to, by się teleportować…?
672/1574