Starał się być miły, a wyszło jak zwykle. Bycie gburem było prostsze i może powinien podejść tę dziewczynę od tej strony. Byłoby pewnie prościej i może nie kryłaby się za tym niezręcznym uśmiechem. Nie miał tak dużej styczności z kapłanami z tego czy innego kowenu. W razie wszelkich problemów wolałby się zwierzyć barmanowi, oferującemu też piwo niż szukać pocieszenia u kapłanów czy tam w wierze w jakieś bóstwo. Na te sabaty chodził wyłącznie w celach rozrywkowych. Stanowisko kapłanki utożsamiał ze stanowiskiem kowenu, gdyż w jego mniemaniu ona reprezentowała tę wspólnotę. Było to błędne założenie, z którego w tym momencie nie zdawał sobie sprawy.
Tak już działał ten świat. Drapieżnik zabijał roślinożercę lub drugiego, słabszego drapieżnika. Człowiek polował i hodował zwierzęta oraz uprawiał rośliny aby nie zaznać głodu. Jednak tylko człowiek potrafił zabijać z wielu innych powodów, niż z uzasadnionej potrzeby przetrwania. Ta była jego zdaniem najistotniejsza. Już pal licho kwestie żywieniowe. Gdyby ktoś go chciał zabić to nie zamierzałby temu komuś tego ułatwiać. Nie oznaczało to, że lękał się śmierci. Miał własną wizję swojej śmierci, która u kresu jego żywota najpewniej się nie urzeczywistni. Świat nigdy nie dawał im, czego chcą.
— W przypadku ludzi to stwierdzenie jest całkiem adekwatne. Zwierzęta nie są jednymi z nas. Ta alternatywa nie jest dla każdego. Dla mnie. Co? Łacina jest mi obca. Święcenia... jasne. Nie szukam przygód, tylko czegoś dobrego do zjedzenia... ciasto powinno wystarczyć — W kwestii ludzi był w stanie się z nią zgodzić. Było na tym parszywym świecie wielu dobrych ludzi, którzy powinni żyć jak najdłużej i tylu, którzy od dawna nie powinni od dawna kroczy po tej ziemi. To temat na zupełnie inną rozmowę, która najpewniej się nie odbędzie. Nie umniejszał temu, że zwierzęta są zdolne do odczuwania, jednak nie nie stawiał ich na równi z ludźmi. W tym momencie kierował się własnym osądem, widząc w większości zwierząt właśnie pożywienie.
Tutaj przeważały dania, które mógłby dołożyć do zamówionego mięsa. Nie znał łaciny, a więc nie zrozumiał wypowiedzianych przez nią słów. Jedynie był w stanie wywnioskować użycie tego języka. To była przygoda, na którą nie był gotowy. Ewidentnie się nie dogadywali. Jednak ciasta nie nie odmówi i chętnie sięgnął po talerzyk z dwoma kawałkami ciasta. Zamierzał podejść z nim tego stolika, co też uczynił zajmując to wolne krzesło. Wraz z odejściem kapłanki został uwolniony od możliwości kontynuowania tej dziwacznej rozmowy, która tak naprawdę do niczego nie doprowadziła. Przynajmniej ciasto było pyszne. To mógłby przekazać tej kapłance, która odeszła.