Usłyszałam głos. Ktoś coś mówił, ale nie mogłam dostrzec, kto. Czy ten chłopak był brzuchomówcą? A na pewno był bardzo, i to bardzo nieśmieszny. Pochylił się, by jak mniemam lepiej się przyjrzeć mojej szkaradnej twarzy...
Tak. Okulary spadły mi z nosa, tak więc miał cudowny widok na moje zabliźnione lico. I nawet nie udawał, że nie widzi. Uśmiechał się, chichotał, był niesamowicie rozbawiony.
— Co z tego, że mnie nie dotknąłeś, ale przez ciebie się przewróciłam! I twój... Chwila, co? Twój kot?
Nie, nie wiedziałam jeszcze o gadających kotach.
Coś mi tu nie pasowało. Trochę za bardzo udawał, że mu przykro. A może i mu było, ale i tak postanowił mieć ubaw z tej sytuacji. No mu wygodnie się śmiać, to nie on się przestraszył, upadł i wywrócił farby.
Zamachnęłam się różdżką, by przywołać brakujące przedmioty.
— Niech ci nie będzie przykro, mam to gdzieś. Tylko przestań się już ze mnie wyśmiewać.
Przykryłam twarz okularami. W tym samym momencie słońce zaszło za chmurą na moje nieszczęście. Teraz to ja byłam ślepa. Cóż, prawie. Czułam, że oczy już robią się wilgotne. Najchętniej bym się zwinęła, ale nie chciałam dać mu wygrać. Będę tu stać i malować. Byłam tu pierwsza. Niech on sobie pójdzie gdzie indziej wyrywać dziewczęta.