Bywały momenty, w których odczuwał ukłucie zazdrości, gdy patrzył na rodziców Aveliny. Byli oni jego zupełnym przeciwieństwem, nawet jak zdarzało mu się podchodzić sceptycznie do ich niezorganizowania. Sam nawet żyjąc z dnia na dzień, nawet mając wciąż niezrealizowany cel, twardo stąpał po ziemi i bardzo rzadko oddawał się jakiemuś szaleństwu, nie korzystał z uroków życia i nieraz trudniej było mu odnaleźć swoją pogodę ducha. Dostrzegał pewne podobieństwo między sobą a Aveliną. Miał podstawy aby sądzić, że ma z nią naprawdę dobry kontakt. Biorąc pod uwagę to, jak został wychowany, był w stanie docenić każdą wolę walki u drugiego człowieka.
— Możesz na mnie polegać — Chrząknął cicho, niemalże wymownie za sprawą tych jakże miłych słów. Poczuł się trochę zmieszany tym, co usłyszał i jednocześnie mile połechtany. W tym momencie uznał, że Avelina wyraziła uznanie dla jego doświadczenia zawodowego i umiejętności łowieckich, umożliwiających mu polowanie na niebezpieczne magiczne stworzenia. Po raz pierwszy od bardzo dawna mógł poczuć się potrzebny i to było cholerne dobre uczucie. Polegała na nim, podobnie jak jej rodzice. Nie pozwoli na to, aby stała jej jakakolwiek krzywda. Ewentualnie będzie starał się ograniczyć zagrożenie dla jej zdrowia i życia, nawet kosztem swojego. Taki już był.
W przeszłości o lasach w swoich rodzinnych stronach mógłby powiedzieć, że znał je niczym własną kieszeń. Tam zawsze spędzał czas, gdy potrzebował dłuższej chwili spokoju od wszystkiego i wszystkich. Nawet miał swoje ulubione drzewo, przy którym bawił się jako dziecko, a jako dorosły lubił pod nim odpoczywać w ciepłe dni. Przemierzał ten las obok niej, bacznie rozglądając się po oświetlonej wiązką światła bijącym z jego różdżki gęstwinie, wypatrując jakiegokolwiek ruchu, czyhającego na nich zagrożenia. Póki co nic takiego nie dostrzegał. Nie chciał też tracić czasu. Liczył, że Avelina niebawem znajdzie to, czego szuka i będąc mogli opuścić to miejsce. Jego stosunek do tego lasu nie uległ zmianie od czasów, w których uczęszczał do Hogwartu. Nie zmieniał również fakt, że od wczesnych lat przyuczano go do wykonywania rodzinnego zawodu.
— Myślę, że... cicho, coś słyszałem — Zaczął swoją wypowiedź, którą urwał w pół słowa, gdy przystanął gwałtownie. To, co powiedział, nie zabrzmiało miło i zdawał sobie z tego sprawę. Często zdarzało mu się być nietaktownym. Jego motywy pozostawały jasne. Było to podyktowane ich wspólnym bezpieczeństwem. Na pierwsze pytanie Aveliny odpowiedziałby zgodnie z prawdą, że nie ma pojęcia. Biorąc pod uwagę to, że usłyszał jak coś się porusza w zaroślach to mogło to być równie prawdopodobne lub mógł to być jakiś czworonożny mieszkaniec lasu, który wyruszył na poszukiwania pożywienia. Co do Centaurów to nie znał odpowiedzi na to pytanie, jednak dotąd nie znalazł śladów ich obecności w tej części lasu w postaci odciśniętych na ziemi ich kopyt. Centaurów nie nazwałby strażnikami lasu, bardziej – wbrew stanowi faktycznemu i z dozą szacunku – właścicielami tych terenów. To był dom tych istot. Być może wrócą do tego za chwilę.
Wyczekiwał ukazania się stworzenia odpowiedzialnego za usłyszany przez niego odgłos, jednak nic takiego nie następowało. Odwracając się ku niej, w świetle bijącym od różdżki, dostrzegł błyszczącą od mlecznobiałej łuny, rozwieszoną pomiędzy krzewami gęstą nić. Pajęczynę, która mogła oznaczać tylko jedno. Obecność Akromantul. Gdzieś w pobliżu musiało mieścić gniazdo przynajmniej jednego olbrzymiego pająka. Jak sięgał pamięcią to ojciec wspominał, że przed trzydziestu laty jedno z tych stworzeń zabiło uczennicę Hogwartu i to w murach zamku.
— Wracamy — Zarządził bez wdawania się w szczegóły, uznając że na to przyjdzie pora później, gdy opuszczą ten teren. Usłyszał jednak charakterystyczny klekot, strydulację w chwili, gdy było za późno na ucieczkę. Zza krzewów wyskoczyła ku nim potężna samica Akromantuli, co najmniej wielkości dużego psa. Miała czarny i lśniący, zwieńczony kądziołkami przędnymi odwłok i głowotułów, oba pokryte gęstą i ciemną szczeciną, osiem nie mniej włochatych odnóży i osiem umieszczonych na przedzie karapaksu, tuż nad masywnymi szczękoczułkami, oczu o groźnym błysku.
W pierwszym odruchu sam rzucił się ku Avelinie, by przewalić ją na ziemię i tym samym pomóc uniknąć jej szarży pająka. Trochę się dziewczyna poobija, zostanie trochę przygnieciona przez niego, jednak to była niewielka cena za uniknięcie bardzo nieprzyjemnego doznania, jakim jest przebicie ciała przez pazury jadowe. Jad tych stworzeń był niebezpieczny dla człowieka. Odwrócił się, jako pierwszy w stronę przymierzającego się do kolejnej szarży pająka.
— Exumai! — Wycelował swoją różdżkę w skaczące ku nim stworzenie, skupiając się na tym aby rzucić zaklęcie mające na celu osłabienie atakującej ich samicy Akromantuli i zadanie jej bólu. To powinno skutecznie zniechęcić ją do podjęcia kolejnej próby zaatakowania ich. Gdyby mu się nie udało to był gotów rzucić ten czar ponownie. Teraz był w swoim żywiole. Robił to, na czym znał się najlepiej. Okaże się, czy wyszedł z wprawy.
Rzucam dwa razy na rzucenie zaklęcia Exumai do odstraszenia Akromantuli, wykorzystuję nekromancję
Slaby sukces...
Sukces!