13.04.2023, 09:24 ✶
- Istnieją eliksiry na porost włosów – odparła Mackenzie odruchowo. Może ktoś inny trochę zdziwiłby się, że Lovegood w szacownym wieku lat dwudziestu trzech desperuje, że przyjdzie dzień, w którym posiwieje… Greengrass jednak takie rzeczy przyjmowała po prostu do wiadomości. – Spróbuj się nie ruszać – poprosiła, całkiem zadowolona z deklaracji Theodora, który najwyraźniej faktycznie wierzył, że inaczej kaktus wróci go nawiedzać. Jeśli faktycznie nie zapomni podlewać kaktusa… Zamarła na moment, z jedną ręką wplecioną w jego włosy, a z drugą na różdżce.
- Podlewanie góra raz na trzy tygodnie i jakieś pół szklanki. Nadmiar wody też może go zabić – ostrzegła, by przypadkiem Lovegood w przypływie entuzjazmu nie doprowadził do gnicia korzeni, z których właśnie miała zamiar go uwolnić. – Skąd będziesz wiedział, że to jego ulubiona piosenka?
Machnęła różdżką, i jeden z korzeni „wypuścił” głowę Theodora. Cała procedura nie należała może do najprzyjemniejszych – czasem nieco ciągnęły włosy, które Mackenzie musiała odwinąć ostrożnie, żeby przypadkiem nie uszkodziły korze… to znaczy, żeby korzeń ich nie wyrwał… ale nie była też specjalnie bolesna. To już prędzej ona oberwała bardziej, bo raz czy dwa ukłuła się którymś z kolców.
- Jestem pewna, że poradzę sobie z duchami kaktusów – uspokoiła go Mackenzie, chociaż jej zamiarem było zbadanie szamponu i sprawdzenie, co dokładnie napisano na pudełku, i czy och, to na pewno szampon, a nie jego używanie. Jakkolwiek bardzo lubiła rośliny, noszenie kaktusa na głowie było pomysłem nieco ekscentrycznym nawet w jej oczach, nie wspominając o tym, że mogłoby utrudnić wykonywanie manewrów na miotle. – Zwłaszcza, że ja nigdy żadnego nie zabiłam – dodała, a tym razem w jej głosie zabrzmiała nuta potępienia.
Odsunęła się, demonstrując Theodorowi kaktusa.
- Gotowe. Mam zapasową doniczkę i trochę ziemi. Zaraz go przesadzę – poinformowała go. Zastanowiła się, czy to pora na poinstruowanie go w kwestii nawozu, którego dobrze użyć trzy razy do roku, dość szybko doszła jednak do wniosku, że chłopak prawdopodobnie nie jest na to gotowy. Lepiej będzie, jeżeli po prostu osobiście przyjdzie odwiedzić i dokarmić kaktusa.
- Podlewanie góra raz na trzy tygodnie i jakieś pół szklanki. Nadmiar wody też może go zabić – ostrzegła, by przypadkiem Lovegood w przypływie entuzjazmu nie doprowadził do gnicia korzeni, z których właśnie miała zamiar go uwolnić. – Skąd będziesz wiedział, że to jego ulubiona piosenka?
Machnęła różdżką, i jeden z korzeni „wypuścił” głowę Theodora. Cała procedura nie należała może do najprzyjemniejszych – czasem nieco ciągnęły włosy, które Mackenzie musiała odwinąć ostrożnie, żeby przypadkiem nie uszkodziły korze… to znaczy, żeby korzeń ich nie wyrwał… ale nie była też specjalnie bolesna. To już prędzej ona oberwała bardziej, bo raz czy dwa ukłuła się którymś z kolców.
- Jestem pewna, że poradzę sobie z duchami kaktusów – uspokoiła go Mackenzie, chociaż jej zamiarem było zbadanie szamponu i sprawdzenie, co dokładnie napisano na pudełku, i czy och, to na pewno szampon, a nie jego używanie. Jakkolwiek bardzo lubiła rośliny, noszenie kaktusa na głowie było pomysłem nieco ekscentrycznym nawet w jej oczach, nie wspominając o tym, że mogłoby utrudnić wykonywanie manewrów na miotle. – Zwłaszcza, że ja nigdy żadnego nie zabiłam – dodała, a tym razem w jej głosie zabrzmiała nuta potępienia.
Odsunęła się, demonstrując Theodorowi kaktusa.
- Gotowe. Mam zapasową doniczkę i trochę ziemi. Zaraz go przesadzę – poinformowała go. Zastanowiła się, czy to pora na poinstruowanie go w kwestii nawozu, którego dobrze użyć trzy razy do roku, dość szybko doszła jednak do wniosku, że chłopak prawdopodobnie nie jest na to gotowy. Lepiej będzie, jeżeli po prostu osobiście przyjdzie odwiedzić i dokarmić kaktusa.