W tym wszystkim najgorsza była jedna rzecz - racja słów Cynthii. Jednym zdaniem podsumowała dokładnie to co mógł zrobić, aby do takiej sytuacji nie dopuścić. Wystarczyło jej lepiej pilnować. To przecież takie proste...
Z drugiej strony gdyby to było takie proste to by jej tu nie zostawił. Moment roztargnienia czy chwilowe poczucie dobrze wykonanej pracy wystarczyły aby na ułamek sekundy zapomniał o swoim dziele. I właśnie przez tą chwilową niedyspozycję przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę.
Do tej pory to Stanley był drapieżnikiem. To on wybierał sobie ofiarę, którą osaczał, a następnie przedstawiał zasady swojej gry - nierównej, wykorzystującej wszelkie słabości przeciwnika. Iście niegodnej i nawet nie honorowej. Przed laty pewnie by się tym przejął i postąpił inaczej. Jednak czasy się zmieniły. A wraz ze zmianą czasów zmienił się również on - na lepsze lub na gorsze. Nie jemu było to oceniać.
Ale teraz rolę się odwróciły - kontrolę przejęła Cynthia. Czuł, że teraz to on został pionkiem w tej chorej grze zwanej zależnością. Od jej każdej zachcianki zależało jego być albo nie być w Ministerstwie, gdzie posada w BUMie to był i tak najmniejsz pikuś w tym wszystkim. Za coś takiego cela w Azkabanie była przyznawana w trybie ekspresowym bez wielkich - jeżeli jakichkolwiek - szans na obronę przed zarzutami. Zdanie Ministerstwa Magii na temat tej sztuki było proste i wyraźne - żadnej nekromancji.
- Powinienem - przyznał, a następnie wyciągnął swoją prawą dłoń spod płaszcza. Przez krótki moment się wahał ale wyciągnął dłoń po atlas, który następnie szybko schował w kieszeni marynarki pod odzieniem wierzchnim - Ale tego nie zrobiłem i dlatego właśnie rozmawiamy - stwierdził zgodnie z faktem. Przeważne po za szybkim "cześć", nie mieli czasu na dłuższe pogawędki. Każdy miał swoje obowiązki. Każdy gdzieś się spieszył. Ich kontakt w głównej mierze ograniczał się do wypełniania raportów oraz czytania podpisów osoby, która go wykonała. Niby nie dużo, a jednak wystarczająco aby poznać swojego kompana czy towarzysza w niedoli, któremu również przypadła (nie) przyjemność wypełnienia akt.
Oparł ręce o najbliższy blat, a następnie spuścił wzrok. Potrzebował się zastanowić. Przemyśleć co powinien zrobić dalej. Przymknął oczy i ciężko westchnął słysząc jej kolejne słowa - Oni nie doceniają tej sztuki. Podążają ślepo za ideami, które wtoczyła im do głów i żył instytucja zwana Ministerstwem Magii - rozpoczął swój wywód. Nie wiedząc jednak nadal ile osób mogło 'rzucić okiem' na zawartość tego tomiku - Góra powiedziała, że należy się tego wystrzegać i bać. To Ci wielcy czarodziejowie tak właśnie robią... - podkreślił 'potęgę' swoich kolegów i koleżanek z pogardą w głosie - Nie można być najlepszym, a nawet dobrym jeżeli nie opanuje się każdej dziedziny magii - uniósł głowę do góry i otworzył oczy, a następnie spojrzał na sufit - Ich przerażają same grzyby, a co dopiero grzybobranie... - pokiwał głową ściskając pięść na blacie. Urząd w którym przyszło im pracować był niby taki wielki, otwarty i chętny do szerzenia pomocy, a jednak był zarządzany przez zamknięte głowy, które krytykowały wszelkie próby obcowania z tą sztuką.
Złapał się za twarz aby lekko ścisnąć oczy, a następnie odwrócił głowę w kierunku Cynthii. Wziął głęboki wdech i wydech - Dziękuję i przepraszam - zjechał dłonią po twarzy zatrzymując się na brodzie - Dziękuję, że ją znalazłaś i schowałaś - Stanley założył, że jednak nie doniosła na niego. W końcu nie było słychać żadnego biegu w ich kierunku - Przepraszam za problem. To się więcej nie powtórzy. Chwilowa niedyspozycja... - zapewnił. Gdyby ktoś przypadkiem wpadł na Cynthie, kiedy ta oddawała się lekturze atlasu grzybów, mogła być mieć również nie mały problem. Może nie taki jak on ale jednak jakiś.
Sięgnął do kieszeni z której sprawnym ruchem wyciągnął paczkę papierosów - Napiję, chociaż chyba miałem już wystarczającą pobudkę dzisiaj. Można tu palić? - zapytał swojej rozmówczyni. A może należałoby raczej określić ją jako wyrocznie?
- Co byś chciała aby ta sprawa nie ujrzała światła dziennego? - spojrzał się wprost w jej błękitne oczy. Tym razem jednak oczekiwał odpowiedzi lub zapewnienia, że ta nic nie zrobi z tą kwestią. Nie miał zamiaru się ruszyć z tego pomieszczenia bez usłyszenia tego co chciał usłyszeć - Aby została naszą małą, słodką tajemnicą... - kontynuował - No chyba, że zależy Ci na szybkim awansie. To wydanie grzybiarza może dużo pomóc - specjalnie używał zamienników odnoszących się do swojej książki. W ten sposób tylko oni mieli pojęcie o czym mowa. Gdyby nagle ktoś wszedł to nie miałby pojęcia o czym aktualnie jest mowa - co akurat było bardzo korzystne - Czy przysługa u mnie będzie wystarczająca nagrodą za ten trud, który musiałaś podjąć? - uniósł kąciki ust. Daleko mu jednak było od uśmiechu.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972