14.04.2023, 00:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2023, 00:36 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses zacisnął mocniej rękę na kubku od swojej kawy. Poczuł jak przyjemne ciepło rozlewało się po jego wnętrzu. Oferowana przez Danielle pomoc była miła. Słowa sprawiały, że chciał jej wierzyć, chciał korzystać z jej wsparcia, chciał doszukiwać się w nich czegoś więcej niż się tam znajdowało i jednocześnie nie chciał – za wszelką cenę nie chciał – by poczuła się nim zmęczona.
- Dziękuję – odpowiedział cicho i dość ciężko. Takim głosem, jakby dziękował nie tylko za to, że zaoferowała mu leki na bezsenność, ale też coś innego, o czym tylko on wiedział. Nie przyznałby się do tego na głos, ale w jego życiu nie było wielu osób, o których wiedział, że mógłby zawsze na nich polegać. Pewnie duży wpływ na to miało jego własne zachowanie i to, że zawsze próbował radzić sobie sam (a jeśli nie mógł i potrzebował wsparcia, z góry zakładał sytuację, w której mogło mu zostać odmówione). – Nie musisz się śpieszyć. Dyżur, w czasie którego będziesz miała chwilę wolnego czasu, brzmi bardzo dobrze. Pewnie w Mungo masz mnóstwo pracy.
Uniósł twarz w stronę słońca. Jego promienie przyjemnie łaskotały mu policzki i przypominały, że lada moment zrobi się na tyle ciepło, że Rookwood zacznie żałować ciążącej mu na ramionach marynarki. Napił się kawy, przez lody w środku dość słodkiej i całkiem zimnej.
Chociaż ciągle był spięty i pewnie wyglądał na mało zadowolonego, w rzeczywistości było mu tego dnia jakoś lżej na duszy. Niemal lekko i przyjemnie. Cieszył się wspólnym spotkaniem z Danielle, może nawet wyobrażał sobie po nim za dużo, chociaż znowu wiedział, że nie powinien. Tak jak powinien wreszcie przestać tyle myśleć i analizować wszystko co mówiła i co robiła jego towarzyszka.
Ale czasem dobrze było się zawieść i zrozumieć, że się mylił. Tak jak, teraz gdy zażartowała z tym rozpieszczaniem go. Prawie posłał w jej stronę uśmiech – niepewny, wąski, ale szczery, na tyle rzadko goszczący na jego wargach, że raczej wyglądałby osobliwie.
A potem zamarł. Patrzył na wyciągnięty w jego stronę rożek z sorbetem malinowym. Zastanawiał się co powinien zrobić. Odsunąć się? Spróbować? To była jakaś próba? Test? Znowu czegoś nie rozumiał?
A jednak, jakby wbrew sobie i wbrew wszystkim myślom, które szaleńczo rozbrzmiewały w jego głowie, pochylił się ku trzymanemu przez Danielle sorbetowi. Patrzył jej w oczy, gdy spróbował jego smaku. I choćby go teraz przypalali rozpalonym prętem, nie potrafiłby powiedzieć, jak smakowały.
- Masz rację. Malina jest najlepsza – zgodził się i znowu takim głosem, jakby mówił o czymś zupełnie innym. Chrząknął, chcąc przywrócić swoją głowę na właściwe tory. – To, co? Teraz naleśniki?
- Dziękuję – odpowiedział cicho i dość ciężko. Takim głosem, jakby dziękował nie tylko za to, że zaoferowała mu leki na bezsenność, ale też coś innego, o czym tylko on wiedział. Nie przyznałby się do tego na głos, ale w jego życiu nie było wielu osób, o których wiedział, że mógłby zawsze na nich polegać. Pewnie duży wpływ na to miało jego własne zachowanie i to, że zawsze próbował radzić sobie sam (a jeśli nie mógł i potrzebował wsparcia, z góry zakładał sytuację, w której mogło mu zostać odmówione). – Nie musisz się śpieszyć. Dyżur, w czasie którego będziesz miała chwilę wolnego czasu, brzmi bardzo dobrze. Pewnie w Mungo masz mnóstwo pracy.
Uniósł twarz w stronę słońca. Jego promienie przyjemnie łaskotały mu policzki i przypominały, że lada moment zrobi się na tyle ciepło, że Rookwood zacznie żałować ciążącej mu na ramionach marynarki. Napił się kawy, przez lody w środku dość słodkiej i całkiem zimnej.
Chociaż ciągle był spięty i pewnie wyglądał na mało zadowolonego, w rzeczywistości było mu tego dnia jakoś lżej na duszy. Niemal lekko i przyjemnie. Cieszył się wspólnym spotkaniem z Danielle, może nawet wyobrażał sobie po nim za dużo, chociaż znowu wiedział, że nie powinien. Tak jak powinien wreszcie przestać tyle myśleć i analizować wszystko co mówiła i co robiła jego towarzyszka.
Ale czasem dobrze było się zawieść i zrozumieć, że się mylił. Tak jak, teraz gdy zażartowała z tym rozpieszczaniem go. Prawie posłał w jej stronę uśmiech – niepewny, wąski, ale szczery, na tyle rzadko goszczący na jego wargach, że raczej wyglądałby osobliwie.
A potem zamarł. Patrzył na wyciągnięty w jego stronę rożek z sorbetem malinowym. Zastanawiał się co powinien zrobić. Odsunąć się? Spróbować? To była jakaś próba? Test? Znowu czegoś nie rozumiał?
A jednak, jakby wbrew sobie i wbrew wszystkim myślom, które szaleńczo rozbrzmiewały w jego głowie, pochylił się ku trzymanemu przez Danielle sorbetowi. Patrzył jej w oczy, gdy spróbował jego smaku. I choćby go teraz przypalali rozpalonym prętem, nie potrafiłby powiedzieć, jak smakowały.
- Masz rację. Malina jest najlepsza – zgodził się i znowu takim głosem, jakby mówił o czymś zupełnie innym. Chrząknął, chcąc przywrócić swoją głowę na właściwe tory. – To, co? Teraz naleśniki?
rzut na inicjatywę Ulyssesa, zinterpretuję go sobie samodzielnie
Rzut O 1d100 - 80
Sukces!
Sukces!