14.04.2023, 22:41 ✶
Bez wątpienia mama byłaby wściekła, gdyby zobaczyła, co wyprawiają. Z drugiej strony tato zapewne byłby bardzo dumny. Brenna jednak nie myślała ani o gniewie matki, ani o zadowoleniu ojca, zamiast tego z ogromnym entuzjazmem poświęcając się najpierw usuwaniu mebli (wciąż jeszcze cieszyła się tym, że skończyła siedemnaście lat i może czarować w wakacje) pod ściany, a następnie odpieraniu ataków brata i wyprowadzaniu własnych.
Erik był od niej wyższy i bez wątpienia silniejszy. Z drugiej strony ona była szybsza i zręczniejsza. To czyniłoby to starcie w miarę wyrównanym, gdyby nie dwie rzeczy: Erik miał opory, a Brenna… żadnych. Wiele osób mówiło, że jest nieodrodną Longbottomówną, i tak było faktycznie, ale w istocie odziedziczyła też mnóstwo po Potterach. Pakowała się w kłopoty. Pakowała innych w kłopoty.
I bywała przebiegła, jak teraz.
Uśmiechnęła się szeroko, bardzo z siebie zadowolona, gdy czubek ostrza dotknął klatki piersiowej Erika. Zasadniczo, zwykle wygrywał jednak on, przynajmniej do niedawna – był starszy i uczył się dłużej. Własna wygrana wprawiła więc ją niemalże w euforię. A połajanki i narzekania brata sprawiały tylko, że ten uśmiech się poszerzał i poszerzał, aż zaistniało ryzyko, że zaraz pęknie jej od tego twarz.
- Bo jesteś za porządny, braciszku. A wiesz, co się dzieje z porządnymi ludźmi, którzy naprawdę trafiają na pole walki? Umierają, bo się kłaniają, a ten nieporządny przeciwnik odcina im wtedy głowę! – oświadczyła, po czym dokonała kolejnego niecnego posunięcia, czyli zagarnęła szklankę, od której Erik nalał wody, wywinęła się z nią i wypiła duszkiem zawartość. Zmuszając, by sobie nalał nowej.
Ach, nieznośne młodsze siostry. Ich obowiązek to zamienianie życia braci w piekło.
- Hm… powiedziałby… - zastanowiła się przez chwilę, po czym zaczęła naśladować ton dziadka. – Że to był całkiem niezły ruch, ale przy poprzednim wypadzie omal się w pośpiechu nie potknęłam i żebym nie próbowała w walce być w trzech miejscach na raz, bo jeszcze nikomu nie udało się rozdwoić, nie mówiąc już o roztrojeniu?
W przypływie trudnej do opanowania energii, wywołanej może radością z wygranej, Brenna odstawiła szklankę, po czym… wskoczyła na odsunięty pod ścianę stół, a z niego przemieściła się kolejnym skokiem na gzyms kominka. Tuż obok miecza Godryka Gryffindora.
- Straszne i okropne. Gdybym nie mogła ćwiczyć z tobą, męczyłabym innych, a że ty mnie najlepiej znosisz z rodziny, wszyscy mogliby zbiorowo zrzucić się z jakiegoś klifu – oświadczyła z udawaną powaga, a potem wskazała na miecz Gryffindora. – Nie uważasz, że to strasznie głupie, że mamy j e d e n taki gobliński miecz? Powinny być najmniej dwa. Żeby można było ćwiczyć takimi walkę. Może powinniśmy zamówić jeszcze jeden. Tylko wtedy musisz stać się sławny, żeby potem wisiały obok siebie przez kolejne setki lat, jako „miecz śmiałego Godryka Gryffindora” i „miecz odważnego Erika Longbottoma”. Bo jak nie będziesz sławny, to każdy będzie chciał ten Godryka, a nie ten drugi.
Erik był od niej wyższy i bez wątpienia silniejszy. Z drugiej strony ona była szybsza i zręczniejsza. To czyniłoby to starcie w miarę wyrównanym, gdyby nie dwie rzeczy: Erik miał opory, a Brenna… żadnych. Wiele osób mówiło, że jest nieodrodną Longbottomówną, i tak było faktycznie, ale w istocie odziedziczyła też mnóstwo po Potterach. Pakowała się w kłopoty. Pakowała innych w kłopoty.
I bywała przebiegła, jak teraz.
Uśmiechnęła się szeroko, bardzo z siebie zadowolona, gdy czubek ostrza dotknął klatki piersiowej Erika. Zasadniczo, zwykle wygrywał jednak on, przynajmniej do niedawna – był starszy i uczył się dłużej. Własna wygrana wprawiła więc ją niemalże w euforię. A połajanki i narzekania brata sprawiały tylko, że ten uśmiech się poszerzał i poszerzał, aż zaistniało ryzyko, że zaraz pęknie jej od tego twarz.
- Bo jesteś za porządny, braciszku. A wiesz, co się dzieje z porządnymi ludźmi, którzy naprawdę trafiają na pole walki? Umierają, bo się kłaniają, a ten nieporządny przeciwnik odcina im wtedy głowę! – oświadczyła, po czym dokonała kolejnego niecnego posunięcia, czyli zagarnęła szklankę, od której Erik nalał wody, wywinęła się z nią i wypiła duszkiem zawartość. Zmuszając, by sobie nalał nowej.
Ach, nieznośne młodsze siostry. Ich obowiązek to zamienianie życia braci w piekło.
- Hm… powiedziałby… - zastanowiła się przez chwilę, po czym zaczęła naśladować ton dziadka. – Że to był całkiem niezły ruch, ale przy poprzednim wypadzie omal się w pośpiechu nie potknęłam i żebym nie próbowała w walce być w trzech miejscach na raz, bo jeszcze nikomu nie udało się rozdwoić, nie mówiąc już o roztrojeniu?
W przypływie trudnej do opanowania energii, wywołanej może radością z wygranej, Brenna odstawiła szklankę, po czym… wskoczyła na odsunięty pod ścianę stół, a z niego przemieściła się kolejnym skokiem na gzyms kominka. Tuż obok miecza Godryka Gryffindora.
- Straszne i okropne. Gdybym nie mogła ćwiczyć z tobą, męczyłabym innych, a że ty mnie najlepiej znosisz z rodziny, wszyscy mogliby zbiorowo zrzucić się z jakiegoś klifu – oświadczyła z udawaną powaga, a potem wskazała na miecz Gryffindora. – Nie uważasz, że to strasznie głupie, że mamy j e d e n taki gobliński miecz? Powinny być najmniej dwa. Żeby można było ćwiczyć takimi walkę. Może powinniśmy zamówić jeszcze jeden. Tylko wtedy musisz stać się sławny, żeby potem wisiały obok siebie przez kolejne setki lat, jako „miecz śmiałego Godryka Gryffindora” i „miecz odważnego Erika Longbottoma”. Bo jak nie będziesz sławny, to każdy będzie chciał ten Godryka, a nie ten drugi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.