Zbity z tropu, wbił wzrok w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego szklanka. Zacisnął pięść, jakby podświadomie sądził, że naczynie wciąż znajdowało się w jego dłoniach, tylko stało się niewidzialne. Przeniósł zniesmaczony wzrok na Brennę, która w tym czasie piła sobie w najlepsze jego napitek. Teraz to dopiero zacznie dowcipkować, jak może czarować jak normalny człowiek, pomyślał, jednak nie skomentował jej zachowania. Zamiast tego spokojnie nalał sobie kolejną porcję chłodzonej wody i upił spory łyk.
— Masz rację. Porządni ludzie siedzą na wzgórzu, gdy na dole ich wojska prowadzą bitwy na śmierć i życie. Dzięki temu mogą się potem zaopiekować rannymi i wynegocjować odpowiednie warunki kapitulacji drugiej strony, gdy ta zorientuje się, że przez własną zuchwałość stracili dużą ilość wojsk — rzucił obronnym tonem na jednym wdechu, nie chcąc dać się z miejsca zdominować młodszej siostrze. Wystarczyło, z go ograła w pierwszej rundzie pojedynku. Nie potrzebował jeszcze jej popisów z zakresu oratorstwa. — Więc czym mnie to czyni? — Spojrzał na nią pytająco. — Głupcem o złotym sercu i duszy romantyka, który chciał skosztować adrenaliny? — Westchnął teatralnie. — I jeszcze te dekapitacje... W jakim towarzystwie ty się obracałaś w szkole, odkąd skończyłem naukę?
Otaksował czujnie sylwetkę siostry, gdy ta zaczęła imitować ton głosu ich starszego krewnego. Zagryzł dolną wargę, próbując nie parsknąć śmiechem. Musiał przyznać jej rację względem przewidywań co do słów dziadka. Oboje siedzieli w tym hobby od tylu lat, że usłyszeli z ust członków rodziny najróżniejsze wskazówki, pochwały, ale także i krytycyzmy. Te zazwyczaj nie były wyjątkowo agresywne, ale potrafiły ukłuć wyjątkowo wrażliwe ego młodych ludzi. Nawet Longbottomów.
— Za wysokie progi jak na twoje nogi, siostrzyczko — odparł, kręcąc głową, jakby nie wierzył, że jest na tyle... naiwna, że sięgnie po miecz Gryffindora. — Poczekaj parę lat. Dorośnij. Zmądrzej. Dojrzej. I przestań fantazjować o odcinaniu bratu głowy w środku lata. Wiem, że bywa ostatnimi czasy gorąco, ale chyba ci trochę główkę przypiekło...
Ponownie zamoczył usta w zimnym napoju, a gdy dopił ostatnie krople, odstawił szklankę na bok. Oparł głownię szpady na ramieniu. Ta nie była wyjątkowo ciężka, toteż nie musiał się przejmować tym, że zrobi sobie krzywdę, a w ten sposób przynajmniej mógł jakoś zająć ręce.
— To zabytek. W każdym tego znaczeniu — stwierdził po krótkim namyśle. — Poza tym gobliny chyba teraz za nami nie przepadają. Musielibyśmy znaleźć bardzo zaufanego goblińskiego kowala, który nie wepchnąłby nam podróbki lub jakiegoś niedorobionego egzemplarza. — Wzruszył ramionami. — Huh? — Spojrzał zdziwiony na Brennę. — A czemu mamy go nazywać po mnie? Nie możemy go nazwać „miecz Brenny Longbottom zwanej Nieustępliwą”? Moim zdaniem nazwa bardzo pasuje.
Mrugnął do siostry porozumiewawczo, jednak błyszczące w naturalnym świetle ostrze zaczęło skupiać na sobie także i jego uwagę. Wypuścił powietrze przez nos. Jakby się tak nad tym zastanowić, to faktycznie przykro było patrzeć, że miecz się poniekąd marnował. Ile razy na rok go wyjmowali? Dwa, trzy? Pięć? Dziadek pewnie go wykorzystał parę razy, chociażby po to, aby pasować nowego członka Srebrnych Różdżek z wysoko postawionego rodu. Jakieś wielkie okazje rodzinne też były dobrą wymówkę do tego, aby przypomnieć wszystkim o tym, co się znajdowało w ich posiadaniu. Ale poza tym?
— Ciekawe, kiedy po raz ostatni widział prawdziwą walkę — mruknął, rozprawiając na głos nad kwestią, która aktualnie zajmowała jego umysł.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞