16.04.2023, 10:41 ✶
- Doskonale. W takim wypadku już mamy podział na przyszłość. Ty będziesz siedział za biurkiem i planował akcję, a ja będę zuchwale i dzielnie… ścigała kieszonkowców, bo wybieram się do BUM, nie do aurorów – stwierdziła Brenna wesoło. Ogólnie rzecz biorąc, nie miała wielkich złudzeń, co do tej pracy, choć wiedziała też, że często bywa niebezpiecznie. Nie spodziewała się jednak wielkich śledztw.
Biedna, naiwna Brenna. Jeszcze nie dostrzegała chmur gromadzących się na horyzoncie. I nie była świadoma, jak skomplikowana stanie się praca w Departamencie tuż po tym, jak ona ukończy wszystkie wymagane szkolenia i staże.
- Złe pytanie. Powinieneś zapytać, kto zadaje się ze mną, żeby potem tych osób unikać, bo straszliwie je zepsułam – odparła bez mrugnięcia okiem, opadając na gzyms kominka. Gdy na nim usiadła, zamachała beztrosko nogami, a potem zaczęła wyliczać, odginając kolejne palce. – Była Mavelle, ale w tym roku już jej nie będzie. I Nora, i Castiel, i Cynthia, i Victoria, i Dani, i Theseus, i Isolde, i Cecily, i Cedric, i Nicholas, i Astoria… - wyliczała, wymieniając kolejne imiona, aż okazało się, że Brenna zadaje się tak z „mniej więcej osiemdziesiąt procent Hogwartu od trzeciego rocznika w górę, czy to jakiś problem?”
- Ależ ja już jestem pełnoletnia i właśnie pokonałam mojego braciszka, uważam, że to absolutnie wystarczy. Poza tym jak typowy Gryfon, pcham się do przodu, nawet jak to nie jest mądre, jestem pewna, że nasz śmiały przodek by mnie za to pochwalił i był bardzo dumny. I nic mi nie przypiekło, ja tak na co dzień, rok beze mnie i już zdążyłeś zapomnieć, mój kochany braciszku? – parsknęła Brenna, chociaż tak naprawdę wcale nie planowała chwytać za miecz Gryffindora, choćby dlatego, że zaklęte ubrania by nie wystarczyły, a jej brat miał w ręku rapier, którym ciężko było walczyć przeciwko mieczowi. – Nie możemy. Ty jesteś głównym bohaterem tej rodziny – oświadczyła ze stanowczością i niezmąconym spokojem. Trudno powiedzieć, co wykształciło w niej takie przekonanie. Może to, że był jej starszym bratem, może fakt, że po prostu większość rodziny wokół niego skakała, bo był w tym domu jedynym chłopcem w całym stadzie bab. Kuzyn Frank z nimi nie mieszkał i był w dodatku gówniarzem.
Brenna odbiła się dłońmi od gzymsu i zeskoczyła na podłogę, po czym jedną ręką ujęła szpadę, drugą – różdżkę. Ale nie, nie po to, by podwójnie zaatakować brata, a transmutować tę w drewniany miecz.
- Kiedyś możesz go wziąć i pokazać kolegom. Ale w takim razie powinniśmy też więcej ćwiczyć z mieczami, nie uważasz? – spytała, uśmiechając się szelmowsko, po czym odłożyła różdżkę na kominek. Tak, zachęcała Erika tym razem do bitki na miecze. Drewniane, by przy okazji nie pozabijali się nawzajem.
Biedna, naiwna Brenna. Jeszcze nie dostrzegała chmur gromadzących się na horyzoncie. I nie była świadoma, jak skomplikowana stanie się praca w Departamencie tuż po tym, jak ona ukończy wszystkie wymagane szkolenia i staże.
- Złe pytanie. Powinieneś zapytać, kto zadaje się ze mną, żeby potem tych osób unikać, bo straszliwie je zepsułam – odparła bez mrugnięcia okiem, opadając na gzyms kominka. Gdy na nim usiadła, zamachała beztrosko nogami, a potem zaczęła wyliczać, odginając kolejne palce. – Była Mavelle, ale w tym roku już jej nie będzie. I Nora, i Castiel, i Cynthia, i Victoria, i Dani, i Theseus, i Isolde, i Cecily, i Cedric, i Nicholas, i Astoria… - wyliczała, wymieniając kolejne imiona, aż okazało się, że Brenna zadaje się tak z „mniej więcej osiemdziesiąt procent Hogwartu od trzeciego rocznika w górę, czy to jakiś problem?”
- Ależ ja już jestem pełnoletnia i właśnie pokonałam mojego braciszka, uważam, że to absolutnie wystarczy. Poza tym jak typowy Gryfon, pcham się do przodu, nawet jak to nie jest mądre, jestem pewna, że nasz śmiały przodek by mnie za to pochwalił i był bardzo dumny. I nic mi nie przypiekło, ja tak na co dzień, rok beze mnie i już zdążyłeś zapomnieć, mój kochany braciszku? – parsknęła Brenna, chociaż tak naprawdę wcale nie planowała chwytać za miecz Gryffindora, choćby dlatego, że zaklęte ubrania by nie wystarczyły, a jej brat miał w ręku rapier, którym ciężko było walczyć przeciwko mieczowi. – Nie możemy. Ty jesteś głównym bohaterem tej rodziny – oświadczyła ze stanowczością i niezmąconym spokojem. Trudno powiedzieć, co wykształciło w niej takie przekonanie. Może to, że był jej starszym bratem, może fakt, że po prostu większość rodziny wokół niego skakała, bo był w tym domu jedynym chłopcem w całym stadzie bab. Kuzyn Frank z nimi nie mieszkał i był w dodatku gówniarzem.
Brenna odbiła się dłońmi od gzymsu i zeskoczyła na podłogę, po czym jedną ręką ujęła szpadę, drugą – różdżkę. Ale nie, nie po to, by podwójnie zaatakować brata, a transmutować tę w drewniany miecz.
- Kiedyś możesz go wziąć i pokazać kolegom. Ale w takim razie powinniśmy też więcej ćwiczyć z mieczami, nie uważasz? – spytała, uśmiechając się szelmowsko, po czym odłożyła różdżkę na kominek. Tak, zachęcała Erika tym razem do bitki na miecze. Drewniane, by przy okazji nie pozabijali się nawzajem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.