16.04.2023, 14:45 ✶
Odsunął od siebie kopię umowy, by przypadkiem nie pognieść jej własnym łokciem. W normalnych warunkach niespecjalnie się tym przejmował i wszystkie papiery od Cathala miały na sobie ślady kawy, lukru albo rozlanego atramentu. Na oczach Brenny nie wypadało jednak od razu sponiewierać ministerialnych papierów.
- Czyli to twoja sprawka! – zaśmiał się, celując w nią palcem. Może jednak Shafiq pomylił się, nie wpisując Longbottomów na swoją listę? Ta zresztą wisiała na jednej ze ścian, oprawiona w za dużą ramkę, przez co przekrzywiła się nieco pod dziwnym kątem. Widząc ją, Brenna mogła się naprawdę zdziwić, zwłaszcza że poza nazwiskami podejrzanych o kontakty z Latajkiem, oznaczone kilkoma wykrzyknikami było nazwisko Prewettów. Dla kogoś niepowiązanego z tematem ta lista zdawała się dość podejrzana.
Wziął od Brenny zdjęcie, które w pierwszym momencie wydawało mu się jedynie nieruchomą czaszką z kryształu, jedną z tych tandetnych ozdób, które ludzie powiązani z nekromancją lubią sobie stawiać na biurku jako przycisk do papieru. Im dłużej się jej jednak przyglądał, tym bardziej zdawało mu się, że widzi coś w otworach na oczy. Jakby mgłę, która co jakiś czas materializowała się w twarze. Wzdrygnął się na ten widok, ale mimo to nie potrafił oderwać od niego wzroku, zbyt zafascynowany tym, jakim sposobem w ogóle komuś się to udało.
- Nawet bardziej niż pewne. Duchy, które pozostają tu z własnej woli, często wspominają swoją śmierć i mogą z tego powodu cierpieć. Ktoś, kogo dusza nie trafiła do limba z powodu przemocy… Nie chcę sobie wyobrażać, co czują – powiedział. I choć sam często wywlekał dusze siłą z ich zaświatów, to jednak dość szybko pozwalał im tam wracać. Te w czaszce z pewnością zostały uwięzione dalej niż wczoraj. Tego rodzaju czarna magia nie należała do przyjemnych – nie żeby jakakolwiek należała – ale fakt, że nie dawało się ludziom spokoju nawet po śmierci. Na to Jamil był akurat dość wyczulony. O ile te dusze nie należały do zgrupowania Nundu, nie życzył im źle.
- I to wyjaśnia mi, dlaczego Sebastian potrzebuje konkretnie mnie. Moja matka, pewnie już wiesz od niego, że pochodzi od Trelawneyów, mówiła mi, że nie każdy w rodzinie ma dar porozumiewania się z duchami, które nie zostały wśród żywych. Mój kuzyn doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że obaj nie potrzebujemy sabatu do tego, żeby odesłać te dusze, ale w pojedynkę jest to raczej niewykonalne – mówił, z każdym słowem uśmiechając się coraz szerzej, bo chociaż sytuacja wyglądała na tragiczną i wyjątkowo trudną do rozwiązania, czegoś takiego zdecydowanie się nie spodziewał. I nie mógł przepuścić okazji do tego, by – być może – spróbować otworzyć limbo, jeśli zajdzie taka potrzeba. Możliwe, że w oczach Brenny wyglądał na coraz większego wariata, ale czy w ogóle można uznać za normalnego kogoś, kto wiedział więcej o zmarłych, niż o żywych?
- Jeśli coś pójdzie nie tak, raczej wpadniemy pod niego wszyscy razem jednocześnie – zauważył, już nieco bardziej sceptycznie. – Na ten moment nie planuję się wycofać, zwłaszcza że nawet nie wiem, jak widzi Sebastian.
- Czyli to twoja sprawka! – zaśmiał się, celując w nią palcem. Może jednak Shafiq pomylił się, nie wpisując Longbottomów na swoją listę? Ta zresztą wisiała na jednej ze ścian, oprawiona w za dużą ramkę, przez co przekrzywiła się nieco pod dziwnym kątem. Widząc ją, Brenna mogła się naprawdę zdziwić, zwłaszcza że poza nazwiskami podejrzanych o kontakty z Latajkiem, oznaczone kilkoma wykrzyknikami było nazwisko Prewettów. Dla kogoś niepowiązanego z tematem ta lista zdawała się dość podejrzana.
Wziął od Brenny zdjęcie, które w pierwszym momencie wydawało mu się jedynie nieruchomą czaszką z kryształu, jedną z tych tandetnych ozdób, które ludzie powiązani z nekromancją lubią sobie stawiać na biurku jako przycisk do papieru. Im dłużej się jej jednak przyglądał, tym bardziej zdawało mu się, że widzi coś w otworach na oczy. Jakby mgłę, która co jakiś czas materializowała się w twarze. Wzdrygnął się na ten widok, ale mimo to nie potrafił oderwać od niego wzroku, zbyt zafascynowany tym, jakim sposobem w ogóle komuś się to udało.
- Nawet bardziej niż pewne. Duchy, które pozostają tu z własnej woli, często wspominają swoją śmierć i mogą z tego powodu cierpieć. Ktoś, kogo dusza nie trafiła do limba z powodu przemocy… Nie chcę sobie wyobrażać, co czują – powiedział. I choć sam często wywlekał dusze siłą z ich zaświatów, to jednak dość szybko pozwalał im tam wracać. Te w czaszce z pewnością zostały uwięzione dalej niż wczoraj. Tego rodzaju czarna magia nie należała do przyjemnych – nie żeby jakakolwiek należała – ale fakt, że nie dawało się ludziom spokoju nawet po śmierci. Na to Jamil był akurat dość wyczulony. O ile te dusze nie należały do zgrupowania Nundu, nie życzył im źle.
- I to wyjaśnia mi, dlaczego Sebastian potrzebuje konkretnie mnie. Moja matka, pewnie już wiesz od niego, że pochodzi od Trelawneyów, mówiła mi, że nie każdy w rodzinie ma dar porozumiewania się z duchami, które nie zostały wśród żywych. Mój kuzyn doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że obaj nie potrzebujemy sabatu do tego, żeby odesłać te dusze, ale w pojedynkę jest to raczej niewykonalne – mówił, z każdym słowem uśmiechając się coraz szerzej, bo chociaż sytuacja wyglądała na tragiczną i wyjątkowo trudną do rozwiązania, czegoś takiego zdecydowanie się nie spodziewał. I nie mógł przepuścić okazji do tego, by – być może – spróbować otworzyć limbo, jeśli zajdzie taka potrzeba. Możliwe, że w oczach Brenny wyglądał na coraz większego wariata, ale czy w ogóle można uznać za normalnego kogoś, kto wiedział więcej o zmarłych, niż o żywych?
- Jeśli coś pójdzie nie tak, raczej wpadniemy pod niego wszyscy razem jednocześnie – zauważył, już nieco bardziej sceptycznie. – Na ten moment nie planuję się wycofać, zwłaszcza że nawet nie wiem, jak widzi Sebastian.