16.04.2023, 20:55 ✶
Więc się nie mylił.
Ojciec rzeczywiście wezwał ich w związku z manifestem, który wygłosił tak niedawno Lord Voldemort. Ulysses zmarszczył ciemne brwi. Odwrócił głowę w stronę siostry. Patrzył na nią poważnym, pozbawionym głębszych emocji wzrokiem, wsłuchując się w wypowiadane przez nią słowa.
Ale co sam myślał o ujawnieniu się Czarnego Pana? Wiedział, że wcześniej czy później, ale musiało to nastąpić. Nie dało się oczyścić czarodziejskiego świata ze szlam i charłaków, bez zamanifestowania swojej obecności. Pewnych rzeczy ogólnie nie dało się zrobić po cichu, nawet jeśli bardzo by się chciało to zrobić. Ale czy to rzeczywiście była odpowiednia pora? Czy w ogóle istniała jakaś odpowiednia pora na takie manifesty? Może byłaby lepsza, gdyby Fortinbras Malfoy został Ministrem Magii? Ale czy przy obecnej strukturze w ogóle miałby na to kiedykolwiek szansę? Powoli, choć powoli, ale z każdym rokiem, malutki krok po kroczku, ale czarodziejski świat się liberalizował. Gdyby Lord Voldemort miał czekać kolejne dziesięć lat, być może rewolucja, którą planował zakończyłaby się fiaskiem zanim jeszcze by się zaczęła. I pewnie Czarny Pan to wiedział.
Tylko jak ubrać w słowa, to co myślał Ulysses? I w jakich kategoriach na to właściwie patrzył? W sumie całe jego spojrzenie na sprawę zamykało się w woli ojca. Jeśli Chester chciałby usłyszeć, co sądził, mógłby najpierw sam wyrecytować własne zdanie, a jego syn, dzięki swojej zdumiewającej pamięci, powtórzyłby jego słowa bezbłędnie.
Ale nie takiej odpowiedzi oczekiwał stary Rookwood. Młody zaś wsłuchał się w słowa siostry, szukając w nich właściwego punktu zaczepienia do własnych rozważań. Nie był jak Vespera – dumna, śliczna, dobrze wychowana (tylko obdarzona zadziwiającym pechem, gdy chodziło o wybór mężów). Rzadko wiedział, co należało powiedzieć, jeszcze rzadziej w ogóle próbował się odzywać, kiedy absolutnie nie musiał tego robić.
- Plotki o Czarnym Panie były już wcześniej – zauważył w końcu. – Więc to nie tak, że wcześniej byliśmy zupełnie anonimowi, a teraz już nie będziemy. Nadal będziemy. Tylko plotki przestaną być plotkami. Staną się namacalnymi faktami – opisał powoli. Nie wiedział, czy zrozumieli, o co mu chodziło, więc po kilku sekundach, kontynuował własną myśl. – Chodzi mi o to, że dotychczas to inni dyktowali ich brzmienie, teraz śmierciożercy mogą zrobić to samodzielnie. To może być przewaga lub zawada. – Zależało od tego, kogo właściwie mieli w swoich szeregach. Ale nad tym, musiał się raczej zastanawiać jego ojciec, nie on sam.
Co do dalszych słów siostry, nieszczególnie wiedział, jak właściwie powinien się do nich odnieść. Z jednej strony, tak – istniała szansa, że ujawnienie się Czarnego Pana zwiększy liczbę jego popleczników. I to mogłoby się odbić na korzyść ich, Rookwoodów a zwłaszcza Chestera Rookwooda. Ulysses szczerze wierzył, że ojciec zasługiwał np. na awans w Biurze Aurorów. A odpowiedni, wysoko postawiony sojusznik, mógłby pomóc mu w tym pomóc.
- Wiem, że ty, ojcze, wiesz co robisz – powiedział wreszcie.
W tym jednym zdaniu w końcu zawierało się właściwie wszystko, co sam tak naprawdę myślał o Czarnym Panie, jego postulatach i śmierciożercach. Ufał ojcu i skoro ojciec uważał, że tak trzeba było to tak trzeba było.
Ojciec rzeczywiście wezwał ich w związku z manifestem, który wygłosił tak niedawno Lord Voldemort. Ulysses zmarszczył ciemne brwi. Odwrócił głowę w stronę siostry. Patrzył na nią poważnym, pozbawionym głębszych emocji wzrokiem, wsłuchując się w wypowiadane przez nią słowa.
Ale co sam myślał o ujawnieniu się Czarnego Pana? Wiedział, że wcześniej czy później, ale musiało to nastąpić. Nie dało się oczyścić czarodziejskiego świata ze szlam i charłaków, bez zamanifestowania swojej obecności. Pewnych rzeczy ogólnie nie dało się zrobić po cichu, nawet jeśli bardzo by się chciało to zrobić. Ale czy to rzeczywiście była odpowiednia pora? Czy w ogóle istniała jakaś odpowiednia pora na takie manifesty? Może byłaby lepsza, gdyby Fortinbras Malfoy został Ministrem Magii? Ale czy przy obecnej strukturze w ogóle miałby na to kiedykolwiek szansę? Powoli, choć powoli, ale z każdym rokiem, malutki krok po kroczku, ale czarodziejski świat się liberalizował. Gdyby Lord Voldemort miał czekać kolejne dziesięć lat, być może rewolucja, którą planował zakończyłaby się fiaskiem zanim jeszcze by się zaczęła. I pewnie Czarny Pan to wiedział.
Tylko jak ubrać w słowa, to co myślał Ulysses? I w jakich kategoriach na to właściwie patrzył? W sumie całe jego spojrzenie na sprawę zamykało się w woli ojca. Jeśli Chester chciałby usłyszeć, co sądził, mógłby najpierw sam wyrecytować własne zdanie, a jego syn, dzięki swojej zdumiewającej pamięci, powtórzyłby jego słowa bezbłędnie.
Ale nie takiej odpowiedzi oczekiwał stary Rookwood. Młody zaś wsłuchał się w słowa siostry, szukając w nich właściwego punktu zaczepienia do własnych rozważań. Nie był jak Vespera – dumna, śliczna, dobrze wychowana (tylko obdarzona zadziwiającym pechem, gdy chodziło o wybór mężów). Rzadko wiedział, co należało powiedzieć, jeszcze rzadziej w ogóle próbował się odzywać, kiedy absolutnie nie musiał tego robić.
- Plotki o Czarnym Panie były już wcześniej – zauważył w końcu. – Więc to nie tak, że wcześniej byliśmy zupełnie anonimowi, a teraz już nie będziemy. Nadal będziemy. Tylko plotki przestaną być plotkami. Staną się namacalnymi faktami – opisał powoli. Nie wiedział, czy zrozumieli, o co mu chodziło, więc po kilku sekundach, kontynuował własną myśl. – Chodzi mi o to, że dotychczas to inni dyktowali ich brzmienie, teraz śmierciożercy mogą zrobić to samodzielnie. To może być przewaga lub zawada. – Zależało od tego, kogo właściwie mieli w swoich szeregach. Ale nad tym, musiał się raczej zastanawiać jego ojciec, nie on sam.
Co do dalszych słów siostry, nieszczególnie wiedział, jak właściwie powinien się do nich odnieść. Z jednej strony, tak – istniała szansa, że ujawnienie się Czarnego Pana zwiększy liczbę jego popleczników. I to mogłoby się odbić na korzyść ich, Rookwoodów a zwłaszcza Chestera Rookwooda. Ulysses szczerze wierzył, że ojciec zasługiwał np. na awans w Biurze Aurorów. A odpowiedni, wysoko postawiony sojusznik, mógłby pomóc mu w tym pomóc.
- Wiem, że ty, ojcze, wiesz co robisz – powiedział wreszcie.
W tym jednym zdaniu w końcu zawierało się właściwie wszystko, co sam tak naprawdę myślał o Czarnym Panie, jego postulatach i śmierciożercach. Ufał ojcu i skoro ojciec uważał, że tak trzeba było to tak trzeba było.