16.04.2023, 23:53 ✶
- Gałgan, miej litość... – wymamrotała Mavelle, jedynie obracając się z boku na bok i tym samym całkowicie ignorując powrót Longbottomówny do dawnych nawyków. Widocznie tej nocy spało się jej wyjątkowo dobrze, bowiem Bones zazwyczaj cechowała się dość lekkim snem i przeważnie naprawdę niewiele było potrzeba, żeby zrywała się na równe nogi, do tego z różdżką w dłoni. Tak. Pilnowała, żeby ta zawsze była pod ręką, zwłaszcza w ostatnich czasach – mimo że posiadłość Longbottomów z tymi wszystkimi zabezpieczeniami przypominała bardziej warownię niż „tylko” posiadłość.
I chyba nie było co się dziwić, że odruchowo pomyślała, iż to pies ją budził – zwłaszcza że przecież nie raz i nie dwa sypiał w nogach jej łóżka, a dość naturalną koleją rzeczy czworonóg potrafił budzić o dość wczesnych godzinach. Wcześniejszych niż te, o których zazwyczaj wstawała. Poranna przebieżka dla utrzymania formy sama się przecież nie zrobi!
Ale zaraz. Psy nie mówiły. A już na pewno nie Gałgan. Brakowało też mokrego nosa, języka i trącania łapą, ewentualnie uwalenia się na niej całym cielskiem, które to bynajmniej nie ważyło tyle co piórko. Zaś głos…
- Bren? – zabrzmiała już przytomniej, wyrywając się w końcu ze snu, unosząc się na łokciu, aczkolwiek jej wygląd zupełnie nie kojarzył się z przytomnością – każdy jeden włos w inną stronę zdawał się przeczyć temu, że zazwyczaj nie nosiła na łepetynie najprawdziwszej strzechy i tym samym nie straszyła wszystkich dookoła swoją fryzurą. Również i samo spojrzenie pozostawało jeszcze zamglone, nieostre. – Czekaj, co, obwąchać? Portret pamięciowy? Ktoś był u ciebie? – z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przytomniała. Na tyle, że już całkiem się poderwała, łapiąc za różdżkę.
Niedopuszczalne.
Niedopuszczalne, żeby ktokolwiek wkradł się do ich domostwa (o ile rzeczywiście się wkradł, wszak nie znała żadnych szczegółów poza koniecznością użycia nosa i sporządzenia portretu) – co bardzo podważało nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale i stawiało pod znakiem zapytania bezpieczeństwo tych wszystkich lokatorów, którzy tutaj znaleźli swoje schronienie.
- Już ja mu pokażę – sapnęła, nie zawracając sobie głowy założeniem kapci. Swoim wyglądem zresztą też nie. W odróżnieniu od Brenny, Bones nie gustowała w piżamach, a przynajmniej nie od paru dobrych lat. Miała na sobie koszulę i to nawet nie damską – męską, zdecydowanie przydużą jak na nią, czym sobie oczywiście nie zawracała głowy. Wszak nie paradowała tak po ulicy, a jedynie w domowym zaciszu.
Nie zastanawiała się, tym bardziej że nie miała daleko – po prostu ruszyła w stronę drzwi, z zamiarem wparowania do pokoju kuzynki, wpadłszy najwyraźniej w wybitnie bojowy nastrój. Tak, wywąchać, wytropić, dopaść. Niczym pies myśliwski.
Chyba że zapach się urwie, to już gorzej.
I chyba nie było co się dziwić, że odruchowo pomyślała, iż to pies ją budził – zwłaszcza że przecież nie raz i nie dwa sypiał w nogach jej łóżka, a dość naturalną koleją rzeczy czworonóg potrafił budzić o dość wczesnych godzinach. Wcześniejszych niż te, o których zazwyczaj wstawała. Poranna przebieżka dla utrzymania formy sama się przecież nie zrobi!
Ale zaraz. Psy nie mówiły. A już na pewno nie Gałgan. Brakowało też mokrego nosa, języka i trącania łapą, ewentualnie uwalenia się na niej całym cielskiem, które to bynajmniej nie ważyło tyle co piórko. Zaś głos…
- Bren? – zabrzmiała już przytomniej, wyrywając się w końcu ze snu, unosząc się na łokciu, aczkolwiek jej wygląd zupełnie nie kojarzył się z przytomnością – każdy jeden włos w inną stronę zdawał się przeczyć temu, że zazwyczaj nie nosiła na łepetynie najprawdziwszej strzechy i tym samym nie straszyła wszystkich dookoła swoją fryzurą. Również i samo spojrzenie pozostawało jeszcze zamglone, nieostre. – Czekaj, co, obwąchać? Portret pamięciowy? Ktoś był u ciebie? – z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przytomniała. Na tyle, że już całkiem się poderwała, łapiąc za różdżkę.
Niedopuszczalne.
Niedopuszczalne, żeby ktokolwiek wkradł się do ich domostwa (o ile rzeczywiście się wkradł, wszak nie znała żadnych szczegółów poza koniecznością użycia nosa i sporządzenia portretu) – co bardzo podważało nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale i stawiało pod znakiem zapytania bezpieczeństwo tych wszystkich lokatorów, którzy tutaj znaleźli swoje schronienie.
- Już ja mu pokażę – sapnęła, nie zawracając sobie głowy założeniem kapci. Swoim wyglądem zresztą też nie. W odróżnieniu od Brenny, Bones nie gustowała w piżamach, a przynajmniej nie od paru dobrych lat. Miała na sobie koszulę i to nawet nie damską – męską, zdecydowanie przydużą jak na nią, czym sobie oczywiście nie zawracała głowy. Wszak nie paradowała tak po ulicy, a jedynie w domowym zaciszu.
Nie zastanawiała się, tym bardziej że nie miała daleko – po prostu ruszyła w stronę drzwi, z zamiarem wparowania do pokoju kuzynki, wpadłszy najwyraźniej w wybitnie bojowy nastrój. Tak, wywąchać, wytropić, dopaść. Niczym pies myśliwski.
Chyba że zapach się urwie, to już gorzej.