17.04.2023, 00:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2023, 11:10 przez Brenna Longbottom.)
– Nie wiem – wyznała Brenna, cofając się. Ona sama także miała różdżkę w ręku. O niczym to właściwie nie świadczyło, bo poruszała się z nią nawet w domu (nigdy nie wiedziała, kiedy przyjdzie nagłe wezwanie z pracy, prawda?), ale owszem, złapała za nią, ledwo przebudziła się ze snu i zauważyła otwarte okno. W głosie panny Longbottom pobrzmiewało napięcie. – To zabrzmi głupio, ale wczoraj… gdy wyszłam z domu rano zobaczyłam jakiś cień. A później ciągle zdawało mi się, że ktoś za mną idzie – zrelacjonowała, ruszając za Mavelle pośpiesznie. Też nie przejmowała się swoim wyglądem. W domu wprawdzie mieszkali nie tylko członkowie rodziny, ale pewnie nawet najnowszy lokator czyli Charlie przywykł już do tego, że tutejsi mieszkańcy niezbyt się krępują. Właściwie to i on sam zupełnie się nie krępował.
Sypialnia Brenny była dość sporym pomieszczeniem. Jak w większości pokoi stały tu meble doskonałej jaskości i w doskonałym stanie, ale nie nowe – służyły wcześniej innym pokoleniom. Wspaniałe, duże, drewniane łóżko, również drewniana szafa, zdobiona, zabytkowa skrzynia, mogąca służyć też za siedzisko. Wielki regał, zastawiony książkami i komiksami, i mugolskimi, i czarodziejskimi. Wygodny fotel pod otwartym oknem, biurko, jak zwykle zasłane papierami. Ze ściany nad nim ze zdjęć spoglądali przyjaciele i rodzina: było tam zdjęcie małej Brenny trzymającej za rękę małego Erika, zdjęcie rodzeństwa z dziadkiem i rodzicami, fotografia, na której Brenna, Erik i Mavelle, dorośli już, walczyli na śnieżki. Takie, na którym nastoletnia Brenna huśtała na huśtawce w sadzie Danielle, i takie, przedstawiające ją i jej kolegów oraz koleżanki z rocznika w szkole – wszystkich w mundurkach różnych Domów (i na tym zdjęciu ustawiała ich obok siebie Brenna…). Nie zabrakło także zdjęcia z Norą i Mabel, a nawet takiego, gdzie w zatłoczonej kuchni znajdowali się wszyscy Crawleyowie.
– Nikogo nie przyłapałam, a w domu… nawet o tym nie myślałam – dodała Brenna, kiedy weszły do jej pokoju. Mavelle mogła domyśleć się dlaczego. To była warownia. Jak ktoś mógłby się tutaj dostać? – A potem miałam wyjątkowo realne sny. Śnił mi się mężczyzna. Powiedział, że zajął się „nim” i że ten „on” nie będzie już mnie niepokoił…
Brzmiało to głupio. Brenna doskonale o tym wiedziała. Ale nawet jeżeli nie była skłonna do panikowania, uważała, że strzeżonego Dumbledore strzeże. Gdyby chodziło tylko o nią, mogłaby sprawę zbagatelizować, jeżeli jednak posiadłość przestała być bezpieczna, to było coś, co dotknęłoby wszystkich mieszkańców. Zwłaszcza Rookwooda oraz Crawleyów.
Brenna musiała być tym mocno wstrząśnięta, bo w takich chwilach, gdy uznawała, że sprawa jest poważna, porzucała kwiecisty styl wypowiedzi na rzecz dość rzeczowego przekazywania informacji. Tak było i teraz.
– Nie otwierałam wczoraj okna. Było za chłodno. A jednak, kiedy się obudziłam, było otwarte na oścież – wyjaśniła cicho, wskazując na faktycznie otwarte okno. Do pokoju Brenny wpadał przez nie wiatr. – Rzuciłam Appare Vestigium. I nie rozumiem rezultatów – wyznała, wskazując na parapet. – Jest… jakby lekki ślad jakiejś magii, ale inny niż jakikolwiek, jaki widziałam. Jeśli był tutaj jakiś człowiek, to bez wątpienia oklumenta. Bo jego śladów nie mogłam wyłapać.
Chyba że źle rzuciła zaklęcie, ale pył wyglądał „normalnie”.
Nos Mavelle z kolei mógł wychwycić… jakby ślad obcego zapachu, ledwo jednak wyczuwalnego, niemożliwego do rozpoznania.
Sypialnia Brenny była dość sporym pomieszczeniem. Jak w większości pokoi stały tu meble doskonałej jaskości i w doskonałym stanie, ale nie nowe – służyły wcześniej innym pokoleniom. Wspaniałe, duże, drewniane łóżko, również drewniana szafa, zdobiona, zabytkowa skrzynia, mogąca służyć też za siedzisko. Wielki regał, zastawiony książkami i komiksami, i mugolskimi, i czarodziejskimi. Wygodny fotel pod otwartym oknem, biurko, jak zwykle zasłane papierami. Ze ściany nad nim ze zdjęć spoglądali przyjaciele i rodzina: było tam zdjęcie małej Brenny trzymającej za rękę małego Erika, zdjęcie rodzeństwa z dziadkiem i rodzicami, fotografia, na której Brenna, Erik i Mavelle, dorośli już, walczyli na śnieżki. Takie, na którym nastoletnia Brenna huśtała na huśtawce w sadzie Danielle, i takie, przedstawiające ją i jej kolegów oraz koleżanki z rocznika w szkole – wszystkich w mundurkach różnych Domów (i na tym zdjęciu ustawiała ich obok siebie Brenna…). Nie zabrakło także zdjęcia z Norą i Mabel, a nawet takiego, gdzie w zatłoczonej kuchni znajdowali się wszyscy Crawleyowie.
– Nikogo nie przyłapałam, a w domu… nawet o tym nie myślałam – dodała Brenna, kiedy weszły do jej pokoju. Mavelle mogła domyśleć się dlaczego. To była warownia. Jak ktoś mógłby się tutaj dostać? – A potem miałam wyjątkowo realne sny. Śnił mi się mężczyzna. Powiedział, że zajął się „nim” i że ten „on” nie będzie już mnie niepokoił…
Brzmiało to głupio. Brenna doskonale o tym wiedziała. Ale nawet jeżeli nie była skłonna do panikowania, uważała, że strzeżonego Dumbledore strzeże. Gdyby chodziło tylko o nią, mogłaby sprawę zbagatelizować, jeżeli jednak posiadłość przestała być bezpieczna, to było coś, co dotknęłoby wszystkich mieszkańców. Zwłaszcza Rookwooda oraz Crawleyów.
Brenna musiała być tym mocno wstrząśnięta, bo w takich chwilach, gdy uznawała, że sprawa jest poważna, porzucała kwiecisty styl wypowiedzi na rzecz dość rzeczowego przekazywania informacji. Tak było i teraz.
– Nie otwierałam wczoraj okna. Było za chłodno. A jednak, kiedy się obudziłam, było otwarte na oścież – wyjaśniła cicho, wskazując na faktycznie otwarte okno. Do pokoju Brenny wpadał przez nie wiatr. – Rzuciłam Appare Vestigium. I nie rozumiem rezultatów – wyznała, wskazując na parapet. – Jest… jakby lekki ślad jakiejś magii, ale inny niż jakikolwiek, jaki widziałam. Jeśli był tutaj jakiś człowiek, to bez wątpienia oklumenta. Bo jego śladów nie mogłam wyłapać.
Chyba że źle rzuciła zaklęcie, ale pył wyglądał „normalnie”.
Nos Mavelle z kolei mógł wychwycić… jakby ślad obcego zapachu, ledwo jednak wyczuwalnego, niemożliwego do rozpoznania.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.