17.04.2023, 18:14 ✶
Patrick czekał już na miejscu. Z uwagi na to, że na dole Ministerstwa Magii było dość zimno, na kraciastą koszulę naciągnął ciepły, wełniany, szary sweter. Postukał palcami o własne udo. Stał w przygotowanym przez Brennę pomieszczeniu i rozglądał się po nim, z miną nie tyle zafascynowaną, ile po prostu oceniającą na ile poczynione przez nią przygotowania były właściwe. Nie, żeby miał je w jakikolwiek sposób kwestionować. Po pierwsze ufał Longbottom. Może był w tym swoim zaufaniu nawet nadto śmiały, zbyt pochopny i miało się to na nim wkrótce (a może nawet jeszcze szybciej) zemścić, ale ufał jej. Szczerze jej ufał. Ba, był nawet przekonany, że jeśli o czymś zapomniała to przez natłok innych spraw, o których pomyślała, a jeśli czegoś nie zrobiła to tylko dlatego, że uzyskała niewłaściwe informacje.
A jednak trochę się martwił. Nawet nie dlatego, że miał jakieś szczególnie złe przeczucia co do całej sprawy. Odwrotnie. Steward był zawsze raczej realistą niż pesymistą a tu wszystkie przesłanki, które miał wobec całej sprawy jednoznacznie mówiły, że wszystko się uda. Ale zawsze pozostawało jakieś przeklęte „ale” a największy problem jaki miał z odsyłaniem duchów polegał na tym, że osobiście w ogóle się na tym nie znał. Nie znał i nie miał zielonego pojęcia, jak to właściwie działało. Tak. Dzisiejszego wieczoru nie był od tego, by się wszystkim samodzielnie zajmować, a jednak… a jednak drażniła i niepokoiła go własna niewiedza. Na swój sposób niepokoiła go również myśl o reakcji starego szaleńca, gdy pojmie, że został właśnie okradziony ze swoich pieczołowicie zebranych i ukrytych w kryształowej czaszce dusz. Czy istniała szansa, że wyczuje rytuał, który dzisiaj miał się tu rozegrać? Czy jeśli tak się stanie, to będzie mógł jakoś przeszkodzić w jego działaniu?
Patrick miał żywą nadzieję na to, że nie. W ogóle wierzył, że całe egzorcyzmy przebiegną gładko i sprawnie (o ile jako takie w ogóle mogły przebiec w taki sposób).
Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem całe pomieszczenie a potem zbliżył się do ściany, gdzie kilka minut wcześniej postawił niewielką, drewnianą skrzynkę. Ściągnął z niej górne wieko, by przyjrzeć się spoczywające na miękkim materiale kryształowej czaszce. Niewielkie obłoczki poruszały się w niej. Zastanawiał się, czy wiedziały co całkiem niedługo się wydarzy. Czy zdawały sobie sprawę z konsekwencji? Czy cokolwiek słyszały? Pewnie nie. Bo gdyby tak było, gdyby mogły odbierać bodźce z zewnątrz pewnie byłyby teraz kompletnie szalone. W końcu, zanim czaszka znalazła się w ich rękach, spoczywała ukryta na dnie mulistej sadzawki przykryta ciałami ofiar czarnoksiężnika wariata.
Steward zamknął skrzynkę. Podszedł do drzwi i zaczekał aż Brenna przyprowadziła Sebastiana i Jamila. Obrzucił ich krótkim spojrzeniem (nieco dłuższym Anwara, ale to dlatego, że po prostu go nie znał).
- Już jesteście – przywitał się z całą trójką. – Patrick Steward, auror – przedstawił się Jamilowi.
A jednak trochę się martwił. Nawet nie dlatego, że miał jakieś szczególnie złe przeczucia co do całej sprawy. Odwrotnie. Steward był zawsze raczej realistą niż pesymistą a tu wszystkie przesłanki, które miał wobec całej sprawy jednoznacznie mówiły, że wszystko się uda. Ale zawsze pozostawało jakieś przeklęte „ale” a największy problem jaki miał z odsyłaniem duchów polegał na tym, że osobiście w ogóle się na tym nie znał. Nie znał i nie miał zielonego pojęcia, jak to właściwie działało. Tak. Dzisiejszego wieczoru nie był od tego, by się wszystkim samodzielnie zajmować, a jednak… a jednak drażniła i niepokoiła go własna niewiedza. Na swój sposób niepokoiła go również myśl o reakcji starego szaleńca, gdy pojmie, że został właśnie okradziony ze swoich pieczołowicie zebranych i ukrytych w kryształowej czaszce dusz. Czy istniała szansa, że wyczuje rytuał, który dzisiaj miał się tu rozegrać? Czy jeśli tak się stanie, to będzie mógł jakoś przeszkodzić w jego działaniu?
Patrick miał żywą nadzieję na to, że nie. W ogóle wierzył, że całe egzorcyzmy przebiegną gładko i sprawnie (o ile jako takie w ogóle mogły przebiec w taki sposób).
Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem całe pomieszczenie a potem zbliżył się do ściany, gdzie kilka minut wcześniej postawił niewielką, drewnianą skrzynkę. Ściągnął z niej górne wieko, by przyjrzeć się spoczywające na miękkim materiale kryształowej czaszce. Niewielkie obłoczki poruszały się w niej. Zastanawiał się, czy wiedziały co całkiem niedługo się wydarzy. Czy zdawały sobie sprawę z konsekwencji? Czy cokolwiek słyszały? Pewnie nie. Bo gdyby tak było, gdyby mogły odbierać bodźce z zewnątrz pewnie byłyby teraz kompletnie szalone. W końcu, zanim czaszka znalazła się w ich rękach, spoczywała ukryta na dnie mulistej sadzawki przykryta ciałami ofiar czarnoksiężnika wariata.
Steward zamknął skrzynkę. Podszedł do drzwi i zaczekał aż Brenna przyprowadziła Sebastiana i Jamila. Obrzucił ich krótkim spojrzeniem (nieco dłuższym Anwara, ale to dlatego, że po prostu go nie znał).
- Już jesteście – przywitał się z całą trójką. – Patrick Steward, auror – przedstawił się Jamilowi.