17.04.2023, 20:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2023, 20:35 przez Brenna Longbottom.)
- Nie, jesteś w samą porę – zapewniła Brenna Jamila. Uśmiechnęła się lekko na jego komentarz o tym, że ministerstwo zdaje się „mroczne”. Miał pewnie trochę racji, bo wielkie korytarze, gdy świeciły pustką, mogły zdawać się przytłaczające. – Zwykle roi się tu od ludzi, więc nie jest aż tak strasznie.
Brenna nie miała pojęcia, czy dopatrzyła wszystkiego. I po części dlatego zżerały ją nerwy. Niezbyt lubiła odpowiedzialność i chyba zwykle wolała, kiedy decyzyjny był ktoś inny. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdy miała działać… działała, licząc, że te działania wystarczą.
- Raz, nie chcę, żeby ktoś o tym wiedział. Dwa, pomyślałam, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, to lepiej, żebyśmy nie odprawiali takich rytuałów koło stołówki albo gabinetu Agnes Nitt z drugiego piętra, jestem pewna, że by mnie potem zabiła, gdyby tam spadł jakiś deszcz żab i tak dalej... Trzy: poprosiłam o dostęp do zabezpieczonego pomieszczenia. Wiecie, drzwi z runami tłumiącymi magię i tak dalej, gdyby nagle okazało się, że wypuściliśmy coś, co będzie chciało się wydostać i przejąć władzę nad światem... ehem, nie zwracajcie uwagi, za dużo mugolskich komiksów – mówiła już po drodze, odpowiadając na uwagę Sebastiana odnośnie tego, że schodzą dość głęboko. Z pewną ulgą przyjęła fakt, że Patrick na nich czekał. Gdyby spóźnił się chociaż minutę, umysł Brenny natychmiast podsunąłby jej wersję wydarzeń, w której Steward przynosząc czaszkę został opętany przez jednego z jej lokatorów.
- Cześć, Patrick – przywitała się, przemieszczając się pod ścianę i wpuszczając do środka Macmillana oraz Anwara. Dała im moment na wymianę zwyczajowych uprzejmości, a potem wskazała różdżką najpierw na pudła ustawione w kącie, a następnie na skrzyneczkę przyniesioną przez Stewarda. To w niej znajdowała się kryształowa, przejrzysta czaszka, w której wirowały obłoki... uwięzione dusze.
- Tutaj są materiały, tutaj nasz czarnomagiczny artefakt. Proponuję, że ja i Patrick ustawimy się po dwóch stronach drzwi i każde z nas będzie utrzymywało, tak na wszelki wypadek, tarczę na jednym z was. Czy to będzie w porządku, czy może zakłócić przebieg rytuału? – spytała. Odruchowo spojrzała przy tym na Sebastiana. Ot pracował w Ministerstwie, więc jego opinii ufała trochę bardziej niż Jamila. W głębi ducha pewnie i ulegała odrobinę stereotypom, absolutnie tego nieświadoma, że w takiej sytuacji wolała polegać na zdaniu Anglika niż Egipcjanina. Co nie znaczyło, że zastrzeżenia Anwara wobec takiej procedury potraktowałaby lekko. Pamiętała jednak aż za dobrze, co stało się z przeklętą skrzyneczką Castiela. Ona i Patrick będą i tak dość daleko od czaszki, ale nie chciała, aby gdyby ta wybuchła, przy okazji poraniła ich spirytystów.
- Aha. Nie wiem, czy to się przyda, czy nie. Ale to nazwiska, płeć i wiek ofiar. Tych, które udało się zidentyfikować. Części z nich prawdopodobnie nie uwięziono - dodała jeszcze, wydobywając karteczkę z kieszeni, by podać ją któremuś z nich, gdyby uznali to za potencjalnie przydatne. Nie prosili wprawdzie o te dane dane, ale na wszelki wypadek je zapisała.
Brenna nie miała pojęcia, czy dopatrzyła wszystkiego. I po części dlatego zżerały ją nerwy. Niezbyt lubiła odpowiedzialność i chyba zwykle wolała, kiedy decyzyjny był ktoś inny. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdy miała działać… działała, licząc, że te działania wystarczą.
- Raz, nie chcę, żeby ktoś o tym wiedział. Dwa, pomyślałam, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, to lepiej, żebyśmy nie odprawiali takich rytuałów koło stołówki albo gabinetu Agnes Nitt z drugiego piętra, jestem pewna, że by mnie potem zabiła, gdyby tam spadł jakiś deszcz żab i tak dalej... Trzy: poprosiłam o dostęp do zabezpieczonego pomieszczenia. Wiecie, drzwi z runami tłumiącymi magię i tak dalej, gdyby nagle okazało się, że wypuściliśmy coś, co będzie chciało się wydostać i przejąć władzę nad światem... ehem, nie zwracajcie uwagi, za dużo mugolskich komiksów – mówiła już po drodze, odpowiadając na uwagę Sebastiana odnośnie tego, że schodzą dość głęboko. Z pewną ulgą przyjęła fakt, że Patrick na nich czekał. Gdyby spóźnił się chociaż minutę, umysł Brenny natychmiast podsunąłby jej wersję wydarzeń, w której Steward przynosząc czaszkę został opętany przez jednego z jej lokatorów.
- Cześć, Patrick – przywitała się, przemieszczając się pod ścianę i wpuszczając do środka Macmillana oraz Anwara. Dała im moment na wymianę zwyczajowych uprzejmości, a potem wskazała różdżką najpierw na pudła ustawione w kącie, a następnie na skrzyneczkę przyniesioną przez Stewarda. To w niej znajdowała się kryształowa, przejrzysta czaszka, w której wirowały obłoki... uwięzione dusze.
- Tutaj są materiały, tutaj nasz czarnomagiczny artefakt. Proponuję, że ja i Patrick ustawimy się po dwóch stronach drzwi i każde z nas będzie utrzymywało, tak na wszelki wypadek, tarczę na jednym z was. Czy to będzie w porządku, czy może zakłócić przebieg rytuału? – spytała. Odruchowo spojrzała przy tym na Sebastiana. Ot pracował w Ministerstwie, więc jego opinii ufała trochę bardziej niż Jamila. W głębi ducha pewnie i ulegała odrobinę stereotypom, absolutnie tego nieświadoma, że w takiej sytuacji wolała polegać na zdaniu Anglika niż Egipcjanina. Co nie znaczyło, że zastrzeżenia Anwara wobec takiej procedury potraktowałaby lekko. Pamiętała jednak aż za dobrze, co stało się z przeklętą skrzyneczką Castiela. Ona i Patrick będą i tak dość daleko od czaszki, ale nie chciała, aby gdyby ta wybuchła, przy okazji poraniła ich spirytystów.
- Aha. Nie wiem, czy to się przyda, czy nie. Ale to nazwiska, płeć i wiek ofiar. Tych, które udało się zidentyfikować. Części z nich prawdopodobnie nie uwięziono - dodała jeszcze, wydobywając karteczkę z kieszeni, by podać ją któremuś z nich, gdyby uznali to za potencjalnie przydatne. Nie prosili wprawdzie o te dane dane, ale na wszelki wypadek je zapisała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.