Faktycznie, dziewczyna była bardzo miłosierna, skoro starała się, aby jej sowa nie przemęczała się bardziej, niż musiała. Należało jednak pamiętać, że paczka listów w przypadku Brenny rzadko kiedy oznaczała dwa lub trzy krótkie liściki. Jak już pisała do hurtowo, a Erik nie raz nie dwa podczas śniadania czy kolacji musiał sortować listy pośród dzbanków i półmisków, rozdzielając poszczególne wiadomości między lokatorów. W końcu nie chciałby, aby na przykład dziadek odczytał korespondencję adresowaną do swojego wnuka. Chociaż rodzeństwo Longbottomów nie miało zbyt wielu tajemnic przed swymi krewnymi na tym etapie życia, tak prywatność czasami wypadało zachować.
— A to mnie akurat w ogóle nie dziwi — odbił piłeczkę z lekkim uśmieszkiem na ustach. — Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej dręczyć osoby, które są najbliżej nas. — Wywrócił teatralnie oczami, jednak koniec końców uniósł kąciki ust w szerokim uśmiechu. — Wiesz, jeśli będziesz bardzo za nią tęsknić i już teraz wiesz, że będziesz często pisać, to możemy załatwić drugą sowę. W Hogwarcie to pewnie nie zrobi dużej różnicy. Sowiarnia jest spora.
Na co dzień kręciło się tam mnóstwo ptaków pocztowych, a jedna żerdź zajęta przez kilka godzin dziennie raczej nie powinno wzbudzić wielkiego oburzenia wśród kadry pedagogicznej szkoły. Poza tym zbliżał się koniec edukacji Bren; dyrekcja mogłaby jej pójść na rękę, biorąc pod uwagę, że na pewno będzie bardzo ciężko przygotowywała się do letnich egzaminów. Wszystko dla dobrze wyedukowanej młodzieży, czyż nie? Poza tym Longbottomowie wiele mogli załatwić. Erik wprawdzie wolałby załatwić to oficjalnymi kanałami, ale przemycenie sowy pod szatą lub w jakimś zaklętym kufrze też zdałoby egzamin. Wszystko, żeby pomóc młodszej siostrze!
— Czyli odpowiedź „na kod promocyjny #ERIK1962, rabata -30% na artykuły pielęgnacyjne z drogerii Potterów” tylko ich zachęci? — spytał, żałując, że nie ma przy sobie żadnego notatnika, aby spisać te światłe sugestie. Brenna całkiem nieźle się spisywała za zarządzeniu jego wystąpieniami publicznymi. Nie ma to tamto. — Okej, okej. Zapamiętam. Trzymać się faktów i nie spoufalać się z padlinożercami. Może te sępy mnie nie zadziobią do przerwy świątecznej.
Pojedynek był całkiem wyrównany, co w gruncie rzeczy nie powinno nikogo dziwić. Nie mieszka się z drugą osobą przez całe życie tylko po to, by w sytuacjach bojowych nie rozpoznać jej sztuczek. Znali się na tyle dobrze, że byli świadomi swych nawyków i tego, jak ich ciała reagowały niemalże podświadomie na niektóre bodźce. Potrafili przeprowadzić kontrę do tych ruchów bez większego zastanowienia. Erik zazgrzytał zębami, gdy nie udało mu się zepchnąć Brenny w tył sali, a tej jeszcze udało się wyprowadzić atak.
Akcja nieudana
Akcja nieudana
— AŁA! Serio? Znowu?! — syknął z niezadowoleniem, gdy oberwał drewnianym mieczem w ramię.
Momentalnie złapał się za obite miejsce, czując, że nabił sobie siniaka. Przez to dodatkowo wypadł z rytmu i dostrzegł w ruchach Brenny coś, co wyglądało, jak zamach. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to zrobienie uniku i... Jak pomyślał, tak też zrobił. Z tą różnicą, że ich walka przeniosła się na tyle blisko rozstawionych pod ścianami mebli, że uderzył o etażerkę, na której stała misternie zdobiona waza. Erik potknął się o nóżkę mebla i upadł na podłogę, sprawiając, że jedna z ulubionych ozdób ich matki rozbiła się na kawałki o salonowy parkiet. Przynajmniej odłamki nie uderzyły prosto w twarz Longbottoma.
— No pięknie! — Podniósł się niezgrabnie, jednak nie wstał, opierając się dłońmi o podłogę i przyglądając się zniszczeniom. Podrapał się po głowie. — Myślisz... Myślisz, że zauważą zmiany po zaklęciu naprawiającym? — Wbił pytający wzrok w siostrę.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞