17.04.2023, 23:36 ✶
Nie wiedziała – ale jednak coś zdecydowanie nie było w porządku, skoro kuzynka przybiegła do niej o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Na tyle wczesnej, że nawet Gałganowi jeszcze nie przyszło na myśl, żeby trącać i zachęcać do co najmniej wypuszczenia z domu – jeśli już koniecznie nie miałoby być mowy o spacerze (swoją drogą: to wcale nie tak, że psisko nie spało w nogach łóżka. Wcale. Tylko początkowo nawet nie drgnęło – nie licząc może ogona - podnosząc łeb dopiero wtedy, gdy Mavelle zerwała się na równe nogi).
- A ten cień to miał jakiś konkretny kształt? – spytała, marszcząc brwi. Choć tak po prawdzie, cień sam w sobie nie do końca musiał o czymś świadczyć. Bo równie dobrze mogło to być zwierzę (bądź nie – nie wiedziała jeszcze, co Brenna widziała) czy też najzwyklejsze w świecie przywidzenie. Bo niestety, ludzkie zmysły nie należały do doskonałych, choć może raczej należałoby stwierdzić: to umysł nie był czymś doskonałym. Zbyt łatwo było dać się zwieść pozorom, wyobrażając sobie coś, czego tak naprawdę nie było – co czasem niemożliwie frustrowało. Niemniej, pewnych ograniczeń na dłuższą metę nie dało się przeskoczyć.
Do pokoju Brenny wkroczyła właściwie w pełnej gotowości do tego, by miotnąć zaklęciem z miejsca w „dowcipnisia”, jeśli jednak jeszcze znajdowałby się w pomieszczeniu – o ile właściwie takowy dowcipniś rzeczywiście istniał, bowiem była to rzecz dość względna, jak szło wywnioskować ze słów kuzynki. Nikogo nie przyłapała – czyli albo doskonale umiał się kryć, albo też wpadała w na tyle wielką paranoję, że widziała coś, czego nie było. Na tę drugą opcję nieszczególnie stawiała,a wierząc jednak w rozsądek Brenny – o ile w ogóle coś takiego istniało, biorąc pod uwagę, jak szalone pomysły miewała kobieta. Aż dziw, że w ogóle przetrwały Hogwart, z tym całym wymykaniem się o nieodpowiednich godzinach i do jeszcze bardziej nieodpowiednich miejsc!
Nie rozglądała się po pokoju, a przynajmniej nie z pomocą wzroku – pomijając już pierwsze spostrzeżenie, że ewidentnie nie znajdował się tu ktoś niepożądany, zaczęła intensywnie węszyć, słuchając przy tym, co Longbottom miała do powiedzenia. Czym chyba wprawiła Gałgana w konsternację – bowiem psisko nie omieszkało koniec końców podążyć za kobietami i klapnąć teraz w progu, obserwując, co się tu najlepszego wyrabia. W każdym razie, psie zdziwienie nie było czymś, na co Mavelle by teraz zważała; w końcu musiała ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy faktycznie istniały powody do niepokoju…
- Jesteś pewna, że porządnie je zamykałaś? – spytała, zerkając przelotnie na Brennę. Niby oczywista oczywistość, niemniej czasem należało zadać wręcz idiotycznie proste pytania, bo jednak czasem się okazywało, iż nie pomyślano o czymś wręcz podstawowym. Najciemniej pod latarnią czy jakoś tak.
Nie czekała na potwierdzenie bądź zaprzeczenie, po prostu skierowała się w stronę nieszczęsnego okna, nie zważając na to, iż męska koszula nieszczególnie chroniła przed chłodem – dość szybko pojawiła się gęsia skórka, aczkolwiek sama Bones wydawała się teraz nie czuć chłodu.
Niuch. Niuch. Niuch.
Znieruchomiała nagle, gdy – niestety! - jej nos wyłapał woń, której nie powinno tu być. Świece? Nie, nie przypominało to świec, choć z drugiej strony woń ta była już tak bardzo słabo wyczuwalna, że… nie, raczej nie. Może? Przez twarz kobiety przemknął cień sugerujący, iż nie jest dobrze.
- Nie odprawiałaś tu ostatnio żadnych rytuałów, prawda? Żadnych świec o nowych zapachach? – spytała dla porządku, wyglądając przez okno. Cholera, cholera, cholera. Coś takiego to wręcz sytuacja kryzysowa, znak, że trzeba usiąść nad zabezpieczeniami i porządnie się im przyjrzeć. Nie mogło tak być! Dziś wizyta u Brenny – na szczęście niezakończona tragedią – a jutro…?
- A ten cień to miał jakiś konkretny kształt? – spytała, marszcząc brwi. Choć tak po prawdzie, cień sam w sobie nie do końca musiał o czymś świadczyć. Bo równie dobrze mogło to być zwierzę (bądź nie – nie wiedziała jeszcze, co Brenna widziała) czy też najzwyklejsze w świecie przywidzenie. Bo niestety, ludzkie zmysły nie należały do doskonałych, choć może raczej należałoby stwierdzić: to umysł nie był czymś doskonałym. Zbyt łatwo było dać się zwieść pozorom, wyobrażając sobie coś, czego tak naprawdę nie było – co czasem niemożliwie frustrowało. Niemniej, pewnych ograniczeń na dłuższą metę nie dało się przeskoczyć.
Do pokoju Brenny wkroczyła właściwie w pełnej gotowości do tego, by miotnąć zaklęciem z miejsca w „dowcipnisia”, jeśli jednak jeszcze znajdowałby się w pomieszczeniu – o ile właściwie takowy dowcipniś rzeczywiście istniał, bowiem była to rzecz dość względna, jak szło wywnioskować ze słów kuzynki. Nikogo nie przyłapała – czyli albo doskonale umiał się kryć, albo też wpadała w na tyle wielką paranoję, że widziała coś, czego nie było. Na tę drugą opcję nieszczególnie stawiała,a wierząc jednak w rozsądek Brenny – o ile w ogóle coś takiego istniało, biorąc pod uwagę, jak szalone pomysły miewała kobieta. Aż dziw, że w ogóle przetrwały Hogwart, z tym całym wymykaniem się o nieodpowiednich godzinach i do jeszcze bardziej nieodpowiednich miejsc!
Nie rozglądała się po pokoju, a przynajmniej nie z pomocą wzroku – pomijając już pierwsze spostrzeżenie, że ewidentnie nie znajdował się tu ktoś niepożądany, zaczęła intensywnie węszyć, słuchając przy tym, co Longbottom miała do powiedzenia. Czym chyba wprawiła Gałgana w konsternację – bowiem psisko nie omieszkało koniec końców podążyć za kobietami i klapnąć teraz w progu, obserwując, co się tu najlepszego wyrabia. W każdym razie, psie zdziwienie nie było czymś, na co Mavelle by teraz zważała; w końcu musiała ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy faktycznie istniały powody do niepokoju…
- Jesteś pewna, że porządnie je zamykałaś? – spytała, zerkając przelotnie na Brennę. Niby oczywista oczywistość, niemniej czasem należało zadać wręcz idiotycznie proste pytania, bo jednak czasem się okazywało, iż nie pomyślano o czymś wręcz podstawowym. Najciemniej pod latarnią czy jakoś tak.
Nie czekała na potwierdzenie bądź zaprzeczenie, po prostu skierowała się w stronę nieszczęsnego okna, nie zważając na to, iż męska koszula nieszczególnie chroniła przed chłodem – dość szybko pojawiła się gęsia skórka, aczkolwiek sama Bones wydawała się teraz nie czuć chłodu.
Niuch. Niuch. Niuch.
Znieruchomiała nagle, gdy – niestety! - jej nos wyłapał woń, której nie powinno tu być. Świece? Nie, nie przypominało to świec, choć z drugiej strony woń ta była już tak bardzo słabo wyczuwalna, że… nie, raczej nie. Może? Przez twarz kobiety przemknął cień sugerujący, iż nie jest dobrze.
- Nie odprawiałaś tu ostatnio żadnych rytuałów, prawda? Żadnych świec o nowych zapachach? – spytała dla porządku, wyglądając przez okno. Cholera, cholera, cholera. Coś takiego to wręcz sytuacja kryzysowa, znak, że trzeba usiąść nad zabezpieczeniami i porządnie się im przyjrzeć. Nie mogło tak być! Dziś wizyta u Brenny – na szczęście niezakończona tragedią – a jutro…?