18.04.2023, 13:27 ✶
Brenna rzadko kogoś skreślała na starcie. W dawnych czasach, zwłaszcza w szkole, równie chętnie zawracała głowy Ślizgonom, jak Puchonom, i w bibliotece przysiadała się i do dzieci tych rodzin, które kiedyś po cichu wspierały Grindewalda, i do mugalków. Teraz nie mogła sobie pozwolić na taką beztroskę, i w jej duszy podejrzliwość zagościła już na dobre. Nie oznaczało to jednak, że planowała okazywać to na prawo i lewo, i od razu zakładała, że każdy czystokrwisty to sługa Voldemorta - przynajmniej póki nie pojawiały się jakieś przesłanki jasno pokazujące jego poglądy. Do Geraldine miała zresztą odrobinę więcej ufności niż do innych Yaxleyów, chociaż też wiedziała, że przynależność do Gryffindoru niekoniecznie gwarantowała coś poza "odwagą" i tym, że większość Domowników będzie cię psuła i próbowała utrzymać po jasnej stronie mocy.
Pojawiła się więc tutaj i uśmiechała się na powitanie, choć zarazem zostawiła kartkę, gdzie jest… czego na pewno nie zrobiłaby jeszcze cztery lata temu.
- Naprawdę? Ja mam wrażenie, że to będzie dzień, gdy powlokę się do mojej kuzynki ze słowami „ojej, jak boli” na ustach – parsknęła. Geraldine była półolbrzymką, na pewno silniejszą od samej Brenny, więc Longbottom spodziewała się, że dostanie łomot, bo nawet zabezpieczona broń mogła pozostawić trochę siniaków. To jednak nie miało jej powstrzymać. Podobnie jak Yaxley, zwykle ćwiczyła tylko z jedną osobą – swoim bratem. Po tylu latach każde znało wszystkie słabości i mocne strony drugiego, i ciężko był im siebie nawzajem zaskoczyć… a w efekcie i utrzymanie umiejętności stawało się trudne, nie mówiąc już o ich rozwijaniu. Nawet jeżeli szermierka nie była tak naprawdę zbyt przydatna w jej pracy i codziennym życiu, było to coś, co Brenna po prostu lubiła od dzieciństwa, właściwie jedynie hobby poza czytaniem, jakie miała. Była więcej niż chętna do odświeżenia pewnych chwytów i przekonania się, jak poradzi sobie z kimś innym niż z bratem.
- To doskonale, bo ja też – oświadczyła. Poczekała aż Geraldine wyciągnie broń, zerknęła na nią okiem, upewniając się, że czary są już rzucone. Kiedy Yaxley uporała się już z włosami, Brenna zgodnie ze zwyczajem pojedynkowym skłoniła się lekko – acz niezbyt głęboko, a potem, kiedy było już jasne, że i Geraldine jest gotowa do walki – zaatakowała, celując na początek w rękę, w której Yaxley trzymała broń.
Pojawiła się więc tutaj i uśmiechała się na powitanie, choć zarazem zostawiła kartkę, gdzie jest… czego na pewno nie zrobiłaby jeszcze cztery lata temu.
- Naprawdę? Ja mam wrażenie, że to będzie dzień, gdy powlokę się do mojej kuzynki ze słowami „ojej, jak boli” na ustach – parsknęła. Geraldine była półolbrzymką, na pewno silniejszą od samej Brenny, więc Longbottom spodziewała się, że dostanie łomot, bo nawet zabezpieczona broń mogła pozostawić trochę siniaków. To jednak nie miało jej powstrzymać. Podobnie jak Yaxley, zwykle ćwiczyła tylko z jedną osobą – swoim bratem. Po tylu latach każde znało wszystkie słabości i mocne strony drugiego, i ciężko był im siebie nawzajem zaskoczyć… a w efekcie i utrzymanie umiejętności stawało się trudne, nie mówiąc już o ich rozwijaniu. Nawet jeżeli szermierka nie była tak naprawdę zbyt przydatna w jej pracy i codziennym życiu, było to coś, co Brenna po prostu lubiła od dzieciństwa, właściwie jedynie hobby poza czytaniem, jakie miała. Była więcej niż chętna do odświeżenia pewnych chwytów i przekonania się, jak poradzi sobie z kimś innym niż z bratem.
- To doskonale, bo ja też – oświadczyła. Poczekała aż Geraldine wyciągnie broń, zerknęła na nią okiem, upewniając się, że czary są już rzucone. Kiedy Yaxley uporała się już z włosami, Brenna zgodnie ze zwyczajem pojedynkowym skłoniła się lekko – acz niezbyt głęboko, a potem, kiedy było już jasne, że i Geraldine jest gotowa do walki – zaatakowała, celując na początek w rękę, w której Yaxley trzymała broń.
Rzut Z 1d100 - 58
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.