18.04.2023, 23:31 ✶
- Pewnie sama wyszłabym z podobnego założenia – przyznała cicho, próbując chyba w ten sposób pocieszyć Brennę – mocno pomijając fakt, że przecież czułe powonienie zapewne sporo by podpowiedziało. Cóż, o ile dobrze rozumiała, nieszczególnie istniały podstawy do podejrzewania, iż coś faktycznie było nie tak – a gdyby zaś przyglądać się dosłownie każdemu zauważonemu cieniowi… to zapewne nie robiłoby się praktycznie nic innego. W końcu świat był ich pełen i w zasadzie zawsze gdzieś ten cień będzie. Choćby nawet własny.
W milczeniu odsunęła się, pozwalając kuzynce na demonstrację, jednocześnie obserwując działanie okna – jakkolwiek by nie patrzeć, może i mieszkały praktycznie drzwi w drzwi, to jednak nie oznaczało to, iż Mavelle dzień w dzień siedziała w pokoju Brenny i była doskonale świadoma stanu każdej rzeczy, jaka się tu znajdowała. Tak. Okna miały swoje zabezpieczenia, oczywiście, jak również i swoje humory – nie zawsze wszystko działało idealnie i a nuż akurat jeszcze skrzat czy inszy fachowiec nie zajął się felernością.
Stąd też, dla porządku, po prostu musiała odhaczyć punkt z listy.
Było źle. Jeszcze gorzej, gdy uzyskała potwierdzenie, iż Longbottom nie wprowadziła tu nowych zapachów – prowadziło to bowiem do bardzo niewesołych wniosków, których nawet nie musiała wypowiadać na głos. Obie doskonale wiedziały, jakich dokładnie kształtów właśnie nabierała cała ta sytuacja i nie było to zdecydowanie coś, co przynosiło szczęście. Raczej wręcz przeciwnie.
Zadrżała, choć trudno powiedzieć, czy w końcu poczuła cały ten wpuszczany do tej pory chłód czy też zmroziła ją myśl, iż naprawdę musiało dojść do naruszenia zabezpieczeń posiadłości. Właściwie to pal licho ją samą – tyle że to miejsce stanowiło bezpieczną przystań dla innych.
A przynajmniej tak do tej pory myślała.
- Nie wiem – przyznała szczerze. Mogło to być naprawdę cokolwiek, ale jeśli skreślić wszelkie potencjalne „wewnętrzne” zapachy, to co pozostawało…? - Coś czuję, ale nie jestem w stanie tego rozpoznać. To jest tak słabe, że ledwo to wyłapuję – dodała dość chmurnie. Bo przez tę subtelność woni nie była w stanie powiedzieć nic, poza tym, iż zdecydowanie nie powinno jej tu być.
A jednak była.
- Dziadek musi wiedzieć – przytaknęła, popierając podjętą przez Brennę decyzję. Pozostali… cóż, obwieszczanie czegoś takiego wszem i wobec z pewnością wzbudziłoby popłoch. Zaś dopóki była szansa, że uda się rozwiązać problem relatywnie szybko…? Informowanie pozostałych mogło trochę poczekać. Trochę. Bo mimo wszystko, w grę wchodziło ich bezpieczeństwo, z którejkolwiek by strony nie spojrzeć.
- Zdecydowanie musimy się przejść i posprawdzać – ponownie zgodziła się z kuzynką, zaciskając mocniej palce na różdżce. Przy okazji będzie mogła przewąchać teren wokół domostwa i sprawdzić, czy jeszcze gdzieś uda się wyłapać niewidzialne nici woni, której istnienie dopiero co stwierdziła. Co, kto, jak, dlaczego? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi, jak na razie. Niby sen, a chyba jednak nie do końca sen, skoro coś z niego pozostało w rzeczywistości.
Odetchnęła głęboko, przeczesując potargane włosy palcami. Cudownie zaczynał się dzień, nie ma co. I nawet już nie potrzebowała kawy, żeby funkcjonować.
- Weźmiemy, ucieszą się. Tylko mi chwilę – rzuciła cicho, wymijając kuzynkę, żeby wparować do swojego pokoju; aż tak szaloną nie była, żeby o tej porze roku wychodzić na zewnątrz w takim negliżu. Przeziębienia zdecydowanie nie potrzebowała. Chwila naprawdę wystarczyła, bowiem nie zawracała sobie głowy przebieraniem się – wystarczyło tylko narzucić na siebie pierwsze, co wpadło w ręce i wypaść z powrotem na korytarz.
Cokolwiek znajdą, wiedziała jedno: postara się za wszelką cenę wytropić delikwenta.
W milczeniu odsunęła się, pozwalając kuzynce na demonstrację, jednocześnie obserwując działanie okna – jakkolwiek by nie patrzeć, może i mieszkały praktycznie drzwi w drzwi, to jednak nie oznaczało to, iż Mavelle dzień w dzień siedziała w pokoju Brenny i była doskonale świadoma stanu każdej rzeczy, jaka się tu znajdowała. Tak. Okna miały swoje zabezpieczenia, oczywiście, jak również i swoje humory – nie zawsze wszystko działało idealnie i a nuż akurat jeszcze skrzat czy inszy fachowiec nie zajął się felernością.
Stąd też, dla porządku, po prostu musiała odhaczyć punkt z listy.
Było źle. Jeszcze gorzej, gdy uzyskała potwierdzenie, iż Longbottom nie wprowadziła tu nowych zapachów – prowadziło to bowiem do bardzo niewesołych wniosków, których nawet nie musiała wypowiadać na głos. Obie doskonale wiedziały, jakich dokładnie kształtów właśnie nabierała cała ta sytuacja i nie było to zdecydowanie coś, co przynosiło szczęście. Raczej wręcz przeciwnie.
Zadrżała, choć trudno powiedzieć, czy w końcu poczuła cały ten wpuszczany do tej pory chłód czy też zmroziła ją myśl, iż naprawdę musiało dojść do naruszenia zabezpieczeń posiadłości. Właściwie to pal licho ją samą – tyle że to miejsce stanowiło bezpieczną przystań dla innych.
A przynajmniej tak do tej pory myślała.
- Nie wiem – przyznała szczerze. Mogło to być naprawdę cokolwiek, ale jeśli skreślić wszelkie potencjalne „wewnętrzne” zapachy, to co pozostawało…? - Coś czuję, ale nie jestem w stanie tego rozpoznać. To jest tak słabe, że ledwo to wyłapuję – dodała dość chmurnie. Bo przez tę subtelność woni nie była w stanie powiedzieć nic, poza tym, iż zdecydowanie nie powinno jej tu być.
A jednak była.
- Dziadek musi wiedzieć – przytaknęła, popierając podjętą przez Brennę decyzję. Pozostali… cóż, obwieszczanie czegoś takiego wszem i wobec z pewnością wzbudziłoby popłoch. Zaś dopóki była szansa, że uda się rozwiązać problem relatywnie szybko…? Informowanie pozostałych mogło trochę poczekać. Trochę. Bo mimo wszystko, w grę wchodziło ich bezpieczeństwo, z którejkolwiek by strony nie spojrzeć.
- Zdecydowanie musimy się przejść i posprawdzać – ponownie zgodziła się z kuzynką, zaciskając mocniej palce na różdżce. Przy okazji będzie mogła przewąchać teren wokół domostwa i sprawdzić, czy jeszcze gdzieś uda się wyłapać niewidzialne nici woni, której istnienie dopiero co stwierdziła. Co, kto, jak, dlaczego? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi, jak na razie. Niby sen, a chyba jednak nie do końca sen, skoro coś z niego pozostało w rzeczywistości.
Odetchnęła głęboko, przeczesując potargane włosy palcami. Cudownie zaczynał się dzień, nie ma co. I nawet już nie potrzebowała kawy, żeby funkcjonować.
- Weźmiemy, ucieszą się. Tylko mi chwilę – rzuciła cicho, wymijając kuzynkę, żeby wparować do swojego pokoju; aż tak szaloną nie była, żeby o tej porze roku wychodzić na zewnątrz w takim negliżu. Przeziębienia zdecydowanie nie potrzebowała. Chwila naprawdę wystarczyła, bowiem nie zawracała sobie głowy przebieraniem się – wystarczyło tylko narzucić na siebie pierwsze, co wpadło w ręce i wypaść z powrotem na korytarz.
Cokolwiek znajdą, wiedziała jedno: postara się za wszelką cenę wytropić delikwenta.
Koniec sesji