18.04.2023, 19:24 ✶
Nowy sąsiad faktycznie był całkiem wysoki i potężnie zbudowany, ale nie aż tak, aby uchodzić za olbrzyma – zasadniczo według standardów Brenny, wychowanej w rodzinie, której większość przedstawicieli była wysoka jak brzoza (a ona sama przy tym podobno też głupia jak koza, przynajmniej zdaniem niektórych) była to po prostu „norma”. Chociaż nie miała okazji jeszcze obejrzeć sobie ojca sąsiada, bo jego trzy metry wzrostu pewnie sprawiłyby, że zrozumiałaby, dlaczego oglądająca go z dala panna Sprout spodziewała się walk olbrzymów oraz zjadania dzieci. Acz nie umknęło jej uwadze, że drzwi mają bardzo, bardzo wysoką framugę, pewnie niedawno przerobioną…
Nie zrejterowała, bo przecież nie przyszła tu po to, żeby uciekać, gdzie pieprz rośnie, gdy zostanie dostrzeżona. Pewnie przed ojcem Hjalmara też by nie umknęła, chociaż to już byłby po prostu objaw braku instynktu samozachowawczego.
- Dzień dobry. Jestem Brenna. Początkowo rozważałam wpasowanie się w przyjęte wzorce, wejście na drzewo i obserwację z niego, ale uznałam, że ma skandalicznie mało liści i nic nie wyjdzie z takiego kamuflażu – przywitała się, odruchowo wyciągając rękę, ale jeśli jej nie uścisnął, niezbyt się przejęła, zakładając, że kto wie, może w Islandii, Norwegii, Walhalli czy innym miejscu, z którego przybywali państwo Nordgersim (odnotowała sobie w myślach, by to nazwisko potem sprawdzić, obiło się jej jednak kiedyś o uszy, więc prawie na pewno miała do czynienia z czarodziejami), zwyczaje w tym zakresie były inne. – Mieszkam za wzgórzem – dodała, machając dłonią mniej więcej w tę stronę, gdzie kawałek stąd znajdowała się posiadłość Longbottomów. Wątpiła, by mieli okazję ją obejrzeć, nawet jeśli włóczyli się po okolicy, bo czary otaczające dom były na tyle mocne, że osoby niepowołane mogły co najwyżej zobaczyć sad. – Herbata będzie idealna, a bałagan nie jest mi straszny, pracuję w biurze, w którym gdzieś w stosach papierów na podłodze i biurkach już na pewno wykluwa się nowa forma życia – zapewniła, ruszając za nim. Wprawdzie nie spodziewała się zaproszenia, ale Brenna była osobą, która w takich sytuacjach po prostu płynęła z prądem, a nowych mieszkańców Doliny zawsze warto było poznać.
- Mały prezent na przywitanie. Mogą się państwo spodziewać jeszcze kilku takich paczek, bo pewnie reszta moich krewnych też się tu po kolei pofatyguje, więc to będzie cała seria pielgrzymek – stwierdziła, wyciągając z płóciennej torby pudełko. W środku były pączki, kupione od babci Nory Figg (i wszystkie miały dużo nadzienia, niestety żaden nie w smaku śledziowym – a czekoladowe i budyniowe) i słoik wypełniony domową konfiturą z owoców z ich sadu.
Brenna z tymi pielgrzymkami nie żartowała: prawdopodobnie Danielle, równie ciekawska jak ona, też prędzej czy później tu zawędruje, matka, jeżeli dowie się, że to rodzina czarodziejów, poczuje się w obowiązku zaoferować wprowadzenie do angielskiej socjety, Dora może zechce poczęstować ich ciastem, a tata…
…cóż, tata będzie z drugiego krańca spektrum, przyjdzie popatrzeć podejrzliwie i upewnić się, że nie ma powodów do aresztowania i sąsiedzi nie wyglądają na śmierciożerców. Brenna nie mogła rzucić kamieniem pod tym względem, bo sama przyszła tutaj wiedziona i ciekawością, i chęcią przywitania nowych sąsiadów, i motywacjami podobnymi do tych ojcowych.
- Rozumiem, że planują państwo nie tylko tutaj zamieszkać, ale też otworzyć interes? – spytała, obrzucając budynki i skrzynię, jaką niedawno przenosił, uważnym spojrzeniem.
Nie zrejterowała, bo przecież nie przyszła tu po to, żeby uciekać, gdzie pieprz rośnie, gdy zostanie dostrzeżona. Pewnie przed ojcem Hjalmara też by nie umknęła, chociaż to już byłby po prostu objaw braku instynktu samozachowawczego.
- Dzień dobry. Jestem Brenna. Początkowo rozważałam wpasowanie się w przyjęte wzorce, wejście na drzewo i obserwację z niego, ale uznałam, że ma skandalicznie mało liści i nic nie wyjdzie z takiego kamuflażu – przywitała się, odruchowo wyciągając rękę, ale jeśli jej nie uścisnął, niezbyt się przejęła, zakładając, że kto wie, może w Islandii, Norwegii, Walhalli czy innym miejscu, z którego przybywali państwo Nordgersim (odnotowała sobie w myślach, by to nazwisko potem sprawdzić, obiło się jej jednak kiedyś o uszy, więc prawie na pewno miała do czynienia z czarodziejami), zwyczaje w tym zakresie były inne. – Mieszkam za wzgórzem – dodała, machając dłonią mniej więcej w tę stronę, gdzie kawałek stąd znajdowała się posiadłość Longbottomów. Wątpiła, by mieli okazję ją obejrzeć, nawet jeśli włóczyli się po okolicy, bo czary otaczające dom były na tyle mocne, że osoby niepowołane mogły co najwyżej zobaczyć sad. – Herbata będzie idealna, a bałagan nie jest mi straszny, pracuję w biurze, w którym gdzieś w stosach papierów na podłodze i biurkach już na pewno wykluwa się nowa forma życia – zapewniła, ruszając za nim. Wprawdzie nie spodziewała się zaproszenia, ale Brenna była osobą, która w takich sytuacjach po prostu płynęła z prądem, a nowych mieszkańców Doliny zawsze warto było poznać.
- Mały prezent na przywitanie. Mogą się państwo spodziewać jeszcze kilku takich paczek, bo pewnie reszta moich krewnych też się tu po kolei pofatyguje, więc to będzie cała seria pielgrzymek – stwierdziła, wyciągając z płóciennej torby pudełko. W środku były pączki, kupione od babci Nory Figg (i wszystkie miały dużo nadzienia, niestety żaden nie w smaku śledziowym – a czekoladowe i budyniowe) i słoik wypełniony domową konfiturą z owoców z ich sadu.
Brenna z tymi pielgrzymkami nie żartowała: prawdopodobnie Danielle, równie ciekawska jak ona, też prędzej czy później tu zawędruje, matka, jeżeli dowie się, że to rodzina czarodziejów, poczuje się w obowiązku zaoferować wprowadzenie do angielskiej socjety, Dora może zechce poczęstować ich ciastem, a tata…
…cóż, tata będzie z drugiego krańca spektrum, przyjdzie popatrzeć podejrzliwie i upewnić się, że nie ma powodów do aresztowania i sąsiedzi nie wyglądają na śmierciożerców. Brenna nie mogła rzucić kamieniem pod tym względem, bo sama przyszła tutaj wiedziona i ciekawością, i chęcią przywitania nowych sąsiadów, i motywacjami podobnymi do tych ojcowych.
- Rozumiem, że planują państwo nie tylko tutaj zamieszkać, ale też otworzyć interes? – spytała, obrzucając budynki i skrzynię, jaką niedawno przenosił, uważnym spojrzeniem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.